Poniżej zamieszczamy relacje Tomka Raczyńskiego z jego pobytu na wodach opływających Ameryki.
|
Aloha!!!!!!! |
galeria naszych statków Annelies Ilena we mgle |
galeria naszych statków Helen Mary |
galeria naszych statkow Jan Maria |
galeria naszych statkow Margiris |
galeria naszych statkow Martje Theadora |
| Jak zaczynam robotę ze swoim pomiarami, to zawsze staram się czekać tak z godzinę dwie aż ryby już nie będą żywe. O dziwo ostrobok jest niemalże jedyną rybą, która po wyłowieniu jeszcze jest żywa i to często bardzo. Mi on trochę przypomina pstrąga, może nie z wyglądu. Ale jak na pokładzie jest trochę wody, a ryby (pojedyncze sztuki) po wyciągnięciu trału walają się po pokładzie. Podczas gdy statek się przechyla, z tej wody robią się rwące strumienie i te żywe sztuki tak pływają pod prąd, prawie jak łososiowate, które forsują bystrzyce. Jakby rzeki były słone, można sobie wyobrazić, jak ostroboki suną w nich na tarło w górę. To samo jest w zbiorniku, zanim wpadną do sortowni, to pływają w wodzie zmieszanej z własną krwią takiego koloru barszczu, zanim doleje się śmietany i też ostatkiem sił próbują jakoś się z stamtąd wydostać. Tylko widać, że ostrobok, mimo że wspaniały pływak, to od łososiowatych odróżnia go większa tolerancja na deficyt tlenowy. Pstrągi po 15 minutach byłyby już martwe, a tu pojedyncze sztuki jeszcze po godzinie w warunkach bardzo niskiej koncentracji tlenu w wodzie, (jeśli "barszcz" można nazwać wodą) fikają. Teraz wolę zaczekać, aż same zdechną i wtedy za nie się brać. Głównie z dwóch powodów. Jak jest nienajlepsza pogoda, to muszę włączyć ze skrzynkami z rybami do badań, ciągle one tańczą i więcej czasu niż mierzenie ryb i grzebanie im we flakach zajmuje mi łapanie skrzynek uciekających za każdym przechyłem. Drugi powód jest humanitarny. Owszem, uważam, że na wigilię, jak się trzyma karpia w wannie i jedynym sposobem na jego uśmiercenie jest wyjęcie korka z wanny i czekanie paru godzin, aż się udusi, to jest barbarzyństwo. Karp to odporne bydlę i tak bez wody może się męczyć długo, lepiej go humanitarnie od razu pozbawić głowy, lub podciąć łuki skrzelowe. Z ostrobokami też jest tak, że jak są żywe, to też lepiej, żeby szybciej im skrócić męki. W normalnych warunkach bym się aż tak mocno nie przejmował, czy są żywe czy nie. Tylko po prostu tym żywym, jako pierwsza rzecz po zważeniu i zmierzeniu bym wyjął otolity. Znajduje się to przy mózgu, więc żeby je wyciągnąć, trzeba rozciąć czaszkę i zabełtać w mózgu, chyba nie ma szybszego sposobu na skrócenie męki u ryby. Ale niestety tym razem zabrakło wagi na moim stole, jest jedna, ale parę metrów dalej na stanowisku do sortowania. Więc, żeby nie latać z każdą rybą do wagi, wycinam im skalpelem na boku cyfry rzymskie. Fakt, wygląda to makabrycznie trochę, no może trochę bardzo. Zwłaszcza cyfra 3 kojarzy się z plakatem do filmu "Piła 3" . Taka praktyka na żywych rybach to barbarzyństwo, na martwych to tylko bezczeszczenie zwłok. Z dwojga złego wolę to drugie. Tak na marginesie, to obowiązki ichtiologa są bardziej rzeźnickie i nie dla osób, które brzydzą się grzebania we flakach i mózgach rybich, ale dobra, może skończę już ten masakryczny temat. Oglądałem zdjęcia z innego statku, innej kompanii, też holenderskiej, Holendrzy mają 3 duże firmy zajmujące się rybołówstwem dalekomorskim. Te zdjęcia były naszego kucharza, jak jeszcze gotował dla konkurencji, a statek łowił okrągły rok w Mauretanii. Pracownicy statku to w większości Mauretańczycy, którzy jak islamski zwyczaj nakazuje, zabrali ze sobą jakąś ni to owcę ni to kozę. Oczywiście nie po to, żeby ją karmić resztkami z kuchni lub trawą morską i doić ją na mleko, ale za to na dzień dobry rytualnie zwierzakowi poderżnęli gardło na pokładzie, co by zwierzaka zjeść, a mięso było Halalah. Kurde, a miało być bez masakry... Pal licho te owcokozy, ale jakie ryby tam łowią!!! Odjazd!!! Rekinów kilkanaście gatunków, jakieś odjechane małe samogłowy, raje, manty, podnawki i masę innych ryb, a do tego delfiny, jakieś inne małe walenie należące do zębowców i żółwie morskie. Kurde, tam to jest co oglądać!!! |
jeszcze jak miałem małą brodę, teraz spokojnie bym wygrał konkurs na najwypaśniejszą brode na statku, to co trzymam to żarlacz sledziowy |
| Nasz rybny majster nie podziela mojego entuzjazmu co do Mauretanii. To fakt, z punktu widzenia technologicznego to najlepiej jak się łowi w monokulturze gatunkowej jak tu, a do tego najlepiej jak by wszystkie ryby były tej samej wielkości. Rybny majster mówił, że nigdy nie wiesz, co tam wyłowisz i tych głównych gatunków jest kilka, a w przetwórni nie ma technicznej możliwości robić segregację na więcej niż 5 gatunków, a często tam w zaciągu jest większa kombinacja, czyli dużo się wyrzuca. Ja mu doradziłem, że w ramach promocji mogliby robić zestawy 2-3 gatunków ryb w jednym bloku, takie jajko z niespodzianką, ale fakt, z punktu widzenia późnej obróbki byłoby to kompletnie bez sensu. Od pierwszego też się nasłuchałem o łowieniu u wybrzeży Afryki. Mówił, że raz wyciągnęli samogłowa, podobno był olbrzymi, one mogą mieć do 3 m i ponad tony wagi. Fakt, wędkarze i rybacy mają tą wspaniałą cechę, że wyolbrzymiają ryby. W sumie może dlatego, że woda powiększa, ale oni praktycznie zawsze swoją zdobycz widzą już na powierzchni!!! O powiększaniu wody wie każdy nurek, wszystko pod wodą wydaje się większe. Tu rada dla tych, co są zakompleksieni i mają to i owo według nich za małe. Zamiast korzystać z usług firm, które rozsyłają maile, że ci powiększą, albo zanim udacie się na wycieczkę do Kaliningradu na wstawianie implantów, radzę się zapisać na jakiś kurs nurkowania dla naturystów i schodzić pod wodę z lustrem. Efekt podobny, a wyjdzie pewnie taniej i przyjemniej, no i nieporównywalnie mniejsze ryzyko z medycznego punktu widzenia. No ale wracając do naszego samogłowa, był ponoć olbrzymi, a do tego żywy. Wiec go załadowali w sieć i dźwigiem wyrzucili za rufę. Szczęśliwi ze spełnienia dobrego uczynku popatrzyli, jak sobie nasz samogłów radzi. No iii... Zobaczyli pocięte kawałki nieszczęśnika, wypływające wraz z kilwaterem. Nie wpadli na pomysł, co by trochę zmniejszyć obroty silnika i cały olbrzym został poszatkowany przez śrubę okrętową. Dobry uczynek mimo szczerych chęci nie wypalił. Raz też złapali żywą uchatkę czy lwa morskiego. Trzeba uważać, bo to ma zęby jak niedźwiedź i w razie potrzeby nie waha się ich użyć. To było na Maartje Theadorze, tam burta jest wysoka, więc zero szans że jakoś spędzi się zwierzaka za burtę. Udało się jej (zakładam, że to była samica lub młody samiec, bo z dorosłym samcem by im tak łatwo nie poszło) założyć linę na szyję i jedną łapę (chociaż to chyba bardziej płetwa). Potem zwierzak był mniej chętny do współpracy, wszyscy tarzali się ze śmiechu, widząc biegnącego lwa morskiego, a za nim jakby był prowadzony na smyczy przez niesfornego gigantycznego psa Żenia (ten mój ulubiony bosman z tamtego statku, Polak) próbuje zapanować nad tym bydlakiem. Trochę trwało zanim zwierzak się wymęczył, Żenia pewnie jeszcze bardziej i wtedy dał się zainstalować do dźwigu i już można była niesfornego gościa wyabordażować za burtę, tym razem wyciągnęli naukę z poszatkowanego samogłowa i prawie zatrzymali statek. Miłym akcentem było, że przed przecięciem liny, wisząca uchatka jeszcze pomachała na pożegnanie płetwą, a potem już zniknęła w wielkim błękicie Atlantyku. Będę musiał o to zdarzenie wypytać Żeni (już za 2 tygodnie:), jak mu się na smyczy prowadziło niesfornego zwierzaka. Od jakiegoś czasu zaopatruję kuchnie w coraz to nowe owoce morza. Najpierw przynosiłem filety ostroboków. Chociaż powinienem pisać same filety. Bo kiedyś jak pływałem po Bałtyku, gadałem z jednym rybakiem, Kaszubem i się użalał na swoje dziecko. Bo jak pani w szkole zapytała, jakie ryby żyją w Bałtyku, to dziecko nie mogło za bardzo powiedzieć, no to pani wiedząc, że to jest dziecko rybaka, pyta jakie ryby tata przynosi z rejsu, a dzieciak wymienia: śledzie, flądry i filety. Skoro tata przynosi filety z rejsu to znaczy, że filety pływają sobie w Bałtyku i nieważne, że wcześniej nazywały się dorsze. Ale jednak będę tradycjonalistą i napiszę, że przynoszę filety z ostroboka, a nie same filety. Ostatnio też zacząłem przynosić tuńczyki. O ile ostroboki nasz kucharz przerabia na sałatkę rybną, sałatkę z surowej ryby, nieobrabianej termicznie, super mi smakuje, zresztą ja lubię wracać do korzeni i surowe mięso mi smakuje, oczywiście dobrze przygotowane. Na każdy rodzaj surowej ryby i innego owocu morza mieszkańcy Ameryki Łacińskiej mówią sewicze. To, co robi kucharz, to nie jest sewicze, bo sewicze głównie polega na zalaniu surowych kawałków ryby sokiem z limonki lub innego cytrusa i po odczekaniu chwili można się już tym delektować. A ta ryba nie ma za bardzo w sobie cytrusów (no może trochę kwasku cytrynowego z plastikowej buteleczki imitującej cytrynę). Nie przeszkadza to Peruwiańcom nazywać tej potrawy sewicze i im za bardzo nie smakuje. Jak to mi powiedział jeden z nich - ten kucharz nie rozumie sewicze. Ja lubię sewicze, ale ta ryba też mi smakuje, ale jak ja bym ją przyrządzał, tobym ją rozdrobnił na trochę mniejsze kawałki i oczywiście bardziej doprawił. Tuńczyka z kolei chyba rozumie lepiej, bo robiony jest trochę inaczej. Najpierw go wstawia do piekarnika na 70 C przez 1,5 h, a potem robi z niego sałatkę, mniam... Znacznie lepszą od tuńczyka w puszce, bez porównania!!!!! Tylko mały szczegół, dodaje do niego majonez, a właściwe podróbę majonezu, bo jedynym produktem, który może się nazywać majonez, to majonez kętrzyński, inne produkty o tej nazwie to nieudane podróby tego wspaniałego specjału. Ostatnio przyniosłem do kuchni 3 "tilapiokarasie" Przyniosłem całe, bo nie chciało mi się ich sprawiać głównie za sprawą łuski, łuskę ta ryba ma coś a la okoń, więc skrobie to się nie najlepiej, więc niech się w kuchni męczą. I o dziwo, na drugi dzień kucharz to przygotował (albo raczej jego pomocnik) i specjalnie dla mnie przed kolacją przygotował 3 filety z 6. Pychota, no i fajnie jak kucharz robi coś specjalnie dla ciebie. Mięso w smaku trochę przypomina sandacza. Ciekaw jestem, dlaczego dla mnie najpierw to przygotował, bo mnie lubi? Czy wręcz przeciwnie. Tej ryby nie mogę nigdzie znaleźć, więc może nie jest jadalna? Tym bardziej, że dzień wcześniej, jak szukałem informacji na temat ryb z rodzaju Tetragonurus. Okazało się, że to, co łowimy i myślałem, że to T. atlanticus, a jest to prawdopodobnie T. cuvieri, to przy jednej i drugiej rybie jest adnotacja, że prawdopodobnie mięso jej jest trujące. Hmmm, akurat jej o dziwo nie miałem zamiaru jeść, ale ciekawa informacja. Zresztą, jest napisane, że prawdopodobnie, czyli ktoś kiedyś zjadł, źle się poczuł, może niekoniecznie po tej rybie. Na marginesie napiszę, że jak tą rybkę rozcinałem, to miała fajną strukturę żołądka, takie frędzle jak u krowy w księgach, czyli flaki można by było z niej zrobić. Tak czy inaczej nie mam pojęcia jaka jest adnotacja w fishbase na temat tilapiokarasia, bo nie znam jej łacińskiej ani innej poza tą, co sam wymyśliłem, nazwy, więc robiłem za królika doświadczalnego. Pływając 2 lata temu po północnym Atlantyku i łowiąc karmazyny to robiłem więcej testów jadalności. Karmazyny łowi się na głębokości około pół kilometra, to tam się łapały dopiero potwory!!! No i czasem robiłem eksperymenty i to sobie smażyłem w kuchni, zwłaszcza że tam był swobodniejszy do niej dostęp. Praktycznie wszystkie ryby poza karmazynem, nie nadawały się do jedzenia. Tzn. w ekstremalnych warunkach to może i tak, ale tak normalnie to masakra. Za to krewetki i kalmary były pycha. W sumie dobrze, że wtedy nie trafiłem na nic trującego. Tilapiokaraś też się oczywiście okazał jadalny, bo po nim czułem się wyśmienicie. |
smażenie miecznika, fajana patelnie mamy w kuchni, taką odporna na bujanie |
| Ten kucharz jest naprawdę spoko, no może za dużo gada, a przecież to ja jestem gaduła, a nie on. Robi się nudno jak opowiada o swoich osiągnięciach kolarskich lub o tym, jak żona uprawia stepareobik lub jakąś inną formę gimnastyki korekcyjnej. Jakby jeszcze można z nim pogadać na temat stosunku Laków do Awarów w południowym Dagestanie albo o wyższości hindi nad pasztu to tak, ale sport to nuda, no chyba, że się go samemu uprawia. Opowiadał też o tym, że jak łowili w Mauretanii i Namibii, to czasem wpadają delfiny i żółwie morskie, w sumie widziałem to na zdjęciach. Jak są żywe to je wypuszczają, jak nie, to czasem lądują w kuchni. Podoba mi się ten kucharz, sam chętnie bym tego spróbował. Zabijanie tych zwierzaków dla mięsa to według mnie zbrodnia, ale jak są już martwe??? Przecież nie ma sensu im robić pogrzebu marynarskiego tylko lepiej zjeść. Podobno żółwie są pyszne. Chociaż z doświadczenia wiem, bo robiłem kiedyś sekcje zwłok swojemu żółwiowi jak zdechł, że mięsa to one tam pod skorupą mają baaaardzo mało. Tylko pas barkowy i miednicowy, no i mięśnie wciągające głowę do środka, czyli to prawie tyle co nic. Kręgosłupem ruszać żółw nie musi, więc pod skorupą ma tam same trzewia, głównie płuca. Lubię otwartych kulinarnie ludzi, jak byśmy złowili albatrosa, to myślę, że też by mi go przyrządził. Mówi też, że jadł samogłowa, kurde ciąłem go nie raz i nic w nim nie znalazłem co by wyglądało na jadalne, konsystencja ciała przypomina bardziej naszą taszę, czyli coś, co kiedyś próbowałem zjeść i stwierdzam, że tego nie da się jeść. Chociaż w książce jest adnotacja, że jest niejadalny, aczkolwiek w niektórych krajach niektóre jego partie uważane są za przysmak (przypomina to trochę nasze książki o grzybach, większość z nich to tłumaczenia z czeskiego i jest napisane, że jest to grzyb jadalny, a na dole adnotacja, że w Polsce jest niejadalny, czyli Czesi się tymi grzybami zajadają, a Polakom szkodzą?). Niech zgadnę, te "niektóre kraje" to na bank Japonia i okolice. Okazuje się, że tam w środku jest jakiś mały kawałek mięsa, który jest dobry. Ale to jest tak, że z dużego samogłowa (pewnie mniejszego niż 3 m ) wycina się mały 2 kg kawałek mięsa, więc łowić je na mięso toby było marnotrawstwo. Obiecał, że jak złowimy dużego, to mi pokaże, co się je. Od razu mi się przypomniała historyjka ruskojęzycznych, że jak łowili gdzieś na południu (ale nie tak daleko na południu jak my teraz) to złowili i zjedli dużą latimerię, jak o tym się dowiedział jakiś obserwator, to się załamał. Ryba, mało że jest rzadka (jeśli nie super rzadka, drugi gatunek latimerii, bo są chyba dwa, żyjący w Azji Południowo-Wschodniej, znany jest z 2 osobników) a do tego jeszcze jest żywą skamieniałością. Paręset milionów lat temu jej kuzyni dali początek płazom. A Rosjanie i tak stwierdzili, że była wkusna. |
zdjęcie z rodzinnego albumu, w środku tata miecznik |
porcjowanie miecznika, czasem bycie statkowym fotografem to upokarząjace zajecie, trzeba wejść nawet w ...... żeby zrobić zdjęcie |
czarnoryb, ale jakiś inny, duży i dziwny Centrolophus sp |
ryba węglowa Tetragonurus cuvieri |
brzydal, czyli Taractes asper |
| Od początku rejsu nie dawały mi spokoju jajka. Ile ich jest. Bo kurde, jak są jajka na każde śniadanie, potem też do wszystkiego je kucharz dodaje, to ile ich muszą mieć na pokładzie? Okazało się, że z Europy wypłynęło 30 000!!! A podczas tego przeładunku co jest, teraz statek baza przywiózł jeszcze 12 000, coby nie zabrakło. Jedząc je tak pewnie będziemy musieli je jeszcze domówić, bo teraz jest około 20 000, więc w takim tempie do końca września może nie starczyć. Też ciekawa sprawa, że kucharz nie ma ponoć papierów na kucharza, koleś jest starej daty, najstarszy na statku, widocznie kiedyś nie było trzeba ich mieć, a gotować umie. Papiery ma za to jego ukraiński pomocnik, który oficjalnie jest głównym kucharzem, a w rzeczywistości pomocnikiem. A mały Peruwianiec w końcu wrócił do kuchni, on pewnie nie ma żadnych papierów na kuchenne wykształcenie, ale za to pewnie uzyskał jakieś kamerdynerskie wykształcenie, lub pracował wcześniej u jakiegoś bogacza na hacjendzie, bo to jest jedyny Latynos tutaj, który zwraca się do mnie per "Seńor", kurde nie czuję się żadnym "Panem", ale jak kiedyś się przeprowadzę do Ameryki (tej lepszej oczywiście, czyli tropikalnej) to może powinienem się przyzwyczajać do "Seńor Tomas"? Mój młody holenderski sąsiad chyba się powoli przeistacza z formy larwalnej w formę dorosłą, czyli używając nomenklatury entomologicznej staje się powoli "Holendrem doskonałym". Pierwsze objawy to to, że zaczął wydawać z siebie odgłosy paszczą, popularnie bekaniem zwanymi. Nauczył się tego od swojego celtyckiego kolegi z maszynowni. Z dwojga złego to chyba lepiej wydawać odgłosy paszczą niż z drugiej strony, przynajmniej zapachowo nie jest tak porażające i zaburza to tylko pracę zmysłu słuchu, zmysł węchu zostaje przy tym najczęściej nienaruszony (można dodać, że to zależy od tego, co wcześniej takie bekające bydlę mełło w paszczy i jak daleko od niego się stoi). Wiem, wiem, pisze o świńskich rzeczach, ale odkąd odkryłem książeczkę dla dzieci o miłym tytule "Książka o kupie", gdzie można zobaczyć, jak wygląda pierdzący szczupak (dla mnie jako ichtiologa jest to totalna nowość) lub dzieci dowiadują się, że fajnie jest skakać na golasa po łóżku i puszczać bąki. To by się nawet zgadzało z założeniem pewnej rosyjskiej sekty prawosławnej zwanej pierdunami. Jej założyciel, mnich z Athos, Gawirłow, nauczał, że to, co jemy, karmi diabła, który w nas siedzi i jako formę oczyszczenia zalecał rytualne pierdzenie połączone z modlitwą. Ciekawe, że całkowicie odmienne podejście do tej sprawy miał najbardziej znany radziecki matematyk Pietia Goras. Chociaż niektórzy uważają, że był greckim matematykiem i nazywał się Pitagoras, ale mniejsza o szczegóły. Tak czy inaczej grubo ponad 2 tys. lat wcześniej założył pierwszą na świecie i pewnie jedyną do tej pory wegetariańską szkołę matematyki. Poza jedzeniem mięsa zabraniał swoim studentom jeść fasoli, a to dlatego, że według niego podczas pierdzenia człowiek wypierduje swą duszę. Grecy wtedy jeszcze byli ludem pogańskim dalekim od świętej wiary prawosławnej, więc może dlatego podejście do tej sprawy miał całkiem przeciwne niż Gawirłow. Pewnie mało kogo ze współczesnych interesuje, kto miał rację, czy Gawirłow wypierdywał swą duszę? Czy może studenci Pietii Gorasa spaśli swojego diabła do monstrualnych rozmiarów? Ale może opuśćmy już ten śmierdzący temat. Gadałem z jednym Irlandczykiem i pytam skąd jest. A on na to, że z Maroka. - hmmmm ...jak to? - zapytałem. - mam żonę Arabkę, mieszkaliśmy w Marakeszu, a teraz mieszkają w Agadirze. Już nie chciałem się go pytać, jaka jest różnica między rasistą a turystą w Maroko (odpowiedź brzmi pół godziny), trochę by to było nie na miejscu. Ale stwierdził, że Marokańczycy są bardzo spoko, czasami go biorą za turystę, on nie zna arabskiego, ale wtedy włącza się jego 4,5-letnia córka, która płynnie mówi po francusku, angielsku i arabsku i ma problem z głowy, wtedy go już traktują całkiem inaczej. Całkiem inaczej ma się sprawa w Irlandii, patrzą na niego krzywo, że ma beżową żonę. W sumie wybrał super opcję: zarabia na zachodzie, a wydaje w Maroko, na pewno zaoszczędzi więcej niż w Irsku. Ale mówi, że powoli myślą o przeprowadzce do Europy, ale nie do Irlandii, a raczej do Francji. W sumie dobry wybór, mała w szkole nie straci kontaktu z językiem arabskim. Też się zdziwiłem, czy to nie problem że on innowierca, bo do Islamu nie powrócił (według Islamu każdy człowiek od urodzenia jest Muzułmaninem, tylko potem co najwyżej błądzi i zmienia wiarę) ma żonę Muzułmankę. Przecież według szariatu jest to zabronione. Muzułmanin może mieć żonę nie Muzułmankę ale nigdy na odwrót, w Arabii Saudyjskiej, na pewno by go za to ukamienowali. Zresztą mówi się czasem o wypadkach, jak rodzinka obcięła głowę jakiejś dziewczynie w Europie, bo zhańbiła rodzinę i z niewiernym się spotykała. Za to on twierdzi, że Maroko nie jest aż tak muzułmańskie (tzn. jest muzułmańskie, ale nie tak ortodoksyjnie) i na niego dobrze patrzą, znacznie lepiej niż w jego rodzinnej Irlandii. Zresztą, jak się okazuje, zarabianie tu a mieszkanie w krajach, gdzie życie jest ekonomiczniejsze, jest coraz bardziej popularne, znam przynajmniej 2 takich Holendrów. Jeden z nich ma kobietę i mieszka na Dominikanie. Z drugiej strony jak gadam z różnymi ludźmi z Europy łącznie z tymi wykształconymi (a może przede wszystkim z nimi) i tymi, gdzie jest dużo imigrantów, to żaden z nich z tej emigracji nie jest zadowolony. Zero poprawności politycznej. Słyszałem kiedyś o ankiecie, z której wynikało, że ludzie z wyższym wykształceniem są bardziej tolerancyjni. Po głębszym zagłębianiu się w temat okazało się to bzdurą, bo po prostu ludzie z wyższym wykształceniem swe odpowiedzi i zdania umiejętnie dopasowywali do ogólnych trendów kreowanych przez kulturę i media. Czyli pod skorupą osób tolerancyjnych kryli się rasiści i ksenofoby. Jak najczęściej rozmawiam z pierwszym oficerem, gość jest jak najbardziej spoko, ale ma bardzo dużą awersję do imigrantów, zwłaszcza Murzynów i Muzułmanów, no i standardowo do Niemców. Hehehehe, a to z Polaków robią zaścianek Europy i rasistowskie centrum EU. Wystarczy pogadać z przedstawicielami zachodnioeuropejskich nacji, gdzie emigranci mają dwucyfrowy procent w społeczeństwie, by się okazało, że z nami tak źle nie jest. Pierwszy mówi, że on nie wyobraża sobie życia poza Holandią, a ja mu szczerze wyznałem, że akurat Holandia jest chyba jednym z ostatnich krajów na świecie, gdzie chciałbym mieszkać. W 100 % zmienione środowisko naturalne i te tłumy ludzi na powierzchni dużego polskiego województwa około 16 milionów, dla mnie to za dużo. A on na to, musi być nas coraz więcej, bo jak będzie kolejna wojna, musimy jakoś dać radę Niemcom. Hehehehehe, już widzę holenderski ruch oporu, chyba tak jak w ostatniej wojnie w ramach oddzielnego oddziału Wermachtu. |
taki mały, niewinny psikutas bez s -wypchną kumpla za burte, ciekawe czy jego kamizelka ratunkowa zadziała |
| Będąc przy rasizmie, to na statku widać rasizm płacowy. Peruwianiec za pracę w przetwórni dostaje 900 dolców miesięcznie, ruskojęzyczni 1200 E. U. R. O. Nic dziwnego, że Peruwiańcy są rozgoryczeni, że za dokładnie taką samą pracę dostają znacznie mniej tylko dlatego, że mieli pecha i nie urodzili się na bogatym południu. Zresztą dla Rosjan to też nie jest tak duża kasa, Holendrzy myślą, że jak jeden dolar to jakieś 30-40 rubli, to to kupa kasy. Ale większość produktów ma podobne ceny co u nas w Polsce (czyli można się żywić taniej w Niemczech niż w Rosji) a nieruchomości w Obwodzie Kaliningradzkim są droższe niż w Hiszpanii. Za przeładunek ryby w zależności od tego, ile ton zostało przeładowane, dostaje się dodatek, tu akurat idzie po równo 2,5 euro za tonę, oczywiście wszystko dzieli się na prawie 50 osób, co bierze udział w przeładunku, tylko że ten bonus to też dyskryminuje. Rosjanie dostają go z opóźnieniem, a Peruwiańcy hmmmmm najczęściej wcale. No tak, Holendrzy nie lubią rozstawać się z pieniędzmi (kto to lubi?) nawet jeśli je wcześniej obiecali. Zresztą, jak Holender zajął się handlem, to Żyd... Podczas tego przeładunku kapitan wpadł na genialny pomysł, taki kapitański geniusz mający na celu usprawnić przeładunek. Chciał wprowadzić zamiast zmian 6h pracy 6h odpoczynku, zmiany 5h pracy 3h odpoczynku. Nie było takiej opcji, praca musiała toczyć się starymi zmianami. Rok temu wprowadzono zmiany 7h pracy 5h odpoczynku. Marynarze dostali za to nagrodę... piwo... po 3 puszki. Jakaż była radość 3 puszki piwa za 5 dni roboty w bardzo niekorzystnych zmianach. Na statku nie wolno konsumować procentów, więc piwo oczywiście było bezalkoholowe, ale takie naprawdę bezalkoholowe, a nie jak w reklamie bosmana z przymrużonym oczkiem - Bosman, ale buja!!! Widocznie to była rzecz, co w sklepiku statkowym nie cieszyła się zbytnim wzięciem (kto by chciał płacić za podróbę piwa, co nawet nie paca po wypiciu), i jej termin ważności pewnie też się kończył. Do tego po powrocie do domu okazało się, że wypłata została pomniejszona o koszt nagrody za dodatkową pracę. To takie typowo holenderskie. No tak, jak Holender zajął się handlem... Może dlatego prawie wszyscy chcą być Biali i to nieważne gdzie. W Azji, Ameryce Łacińskiej czy Afryce na próżno szukać solariów, za to popularne są kremy rozjaśniające cerę, mimo że często mają w swoim składzie metale ciężkie niszczące strasznie zdrowie. To bardzo ciekawe, zwłaszcza że właśnie w Europie jest moda na solaria i ładnie opalonych ludzi. Człowiek zawsze chce, to co jest niedostępne. No teraz fakt, jak Europejczycy w dużej mierze pracują w fabrykach i biurach, to bledną szybciej i opalenizna jest symbolem statusu społecznego, zwłaszcza zimą. Oooo opalony tzn. że wrócił z wakacji w Egipcie lub Tajlandii. No ale europejska biedota często zazdrości tym, co mają kasę i chodzą do solariów, bo to tańsze niż wakacje na Mauritiusie. Z kolei jeszcze 200 lat temu kolor biały był doceniany, bo plebs pracował na polu i pod gołym niebem i przez to był ciemny jak tabaka, za to arystokracja, będąc w swoich pałacach i dworach blada, czasem podkreślając to, smarując się białymi proszkami, coby być jeszcze bardziej arystokratycznym. Teraz rozwalają mnie tylko niektórzy Biali, co ubierają się jak Czarni, przylukaj te kocie ruchy..... Z paleniem tu nie jest najgorzej, bo ponad połowa załogi to Peruwiańcy, a oni w większości nie palą. Tzn. zdarzają się wyjątki, jeden palący zapytał mnie: - a ty nie palisz? - po co miałbym palić? - dla relaksu! - dla relaksu? - zdziwiłem się - eeeee dla relaksu lepsze jest: serveza, pisco o muchacha. Gość się zaśmiał, a tak na marginesie, to to ostatnie przede wszystkim relaksuje, ale może być równie stresujące, a czasem bardziej stresujące niż relaksujące. Wagon fajek na statku kosztuje 15 euro, fakt, to mało nawet w Polsce, paczka papierosów chyba jest droższa niż 1,5 euro. Mamy bezcłowe ceny, ale to prawie dniówka Peruwiańczyków, więc nic dziwnego, że za bardzo nie palą się do palenia. Czyli jednak powód ekonomiczny redukuje nałóg. Za to Ruscy kopcą jak najęci do 3 wagonów tygodniowo, ale najczęściej 2 wagony. |
czy ja pale, pani kierowniczko ja palę na okraglo, cały czas! a tu trzeba - normalnie tu jest minus 35 podczas przeładunku temperatura rośnie do minus 25 |
ale tu trzęsie |
nie kierowalem tym żurawiem a mimo to czułem sie jak bym byl pijany, chyba najbardziej niebezpieczna robota, niebezpieczna dla osob na dole |
z czeluści chłodni na samą górę |
| Z kolei telefon satelitarny to osobna kwestia. Armator się dogadał z operatorem i płaci mu miesięcznie na statek 3500 euro, dzięki temu karta telefoniczna kosztuje 50 baksów i starcza na stacjonarne telefony na około 6h rozmów na komórki na 3 razy krócej. No i oczywiście dzwonienie do niektórych krajów jest droższe, np. na Białoruś. W sumie wszyscy są z tego układu zadowoleni, chyba zwłaszcza marynarze. Mimo to, dla mnie moja komórka jest jednym z ważniejszych urządzeń. Mimo że nie spełnia swej podstawowej funkcji tutaj i od ponad miesiąca nie można się przez nią z nikim skontaktować. Ale to jest mój jedyny budzik i zegarek jako taki, więc zapewnia mi ona jako takie poczucie czasu. W niej mam czas lokalny, w laptopie mam olsztyński, i tak jestem zawieszony między tymi dwoma rzeczywistościami. Czasem można się zagubić totalnie, bo w formularzach muszę używać czasu UTC. Mimo to czas się tu zlewa w jedną wielka pulpę, w bezkształtną masę, do tej pory żadnemu z fizyków nie udało się ułożyć poprawnej definicji czasu, to tutaj to w ogóle twór jakiś jeszcze bardziej nieforemny i niezrozumiały. Wszystkie dni zlewają się w jedną super dnionoc. Nie ma podziału na dni tygodni, można zapomnieć o niedzieli czy sobocie. Doba się dzieli na tą część, kiedy można focić albatrosy i kiedy na to jest za ciemno. Jednak można wyróżnić dwa dni tygodnia: poniedziałek i czwartek. Wtedy właśnie jest pranie. Biada, jeśli ten dzień przegapisz!!! Raz mi się zdarzyło niemiłe uczucie. Z reguły ciuchy można podzielić na brudne i czyste. Faceci wyróżniają jeszcze jedną kategorię, czyli takie, które "można jeszcze włożyć". A w takich wypadkach daje się jeszcze jedną kategorię tzn. chyba można jeszcze włożyć. No i tak jest lepiej niż na wyjeździe typu włóczęga, wtedy tych kategorii jest trochę więcej, z czego kategoria "czyste" tak naprawdę nie występuje, a część rzeczy to kategoria dla twardzieli, tzn. "w ekstremalnych warunkach chyba można jeszcze włożyć" Miałem ostatnio z tą kategorią do czynienia, czekając aż budka telefoniczna będzie wolna. Przede mną był Peruwianiec w ciuchach roboczych, ale to, co on miał na sobie, to było zdecydowanie pozaklasowe, no chyba żeby to zaliczyć do ostatniej kategorii z dopiskiem używać w odległości nie bliższej niż 100 m od osób postronnych. Wolałbym chyba pół Olsztyna przejechać w autobusie, siedząc obok tuptusia, niż po nim wejść do tej budki, masakra!!!!!!!!!!! Standardowo środek nocy na statku spędzam na mostku, gadając z pierwszym. Oczywiście raz usłyszałem standardowy tekst, że przynoszę im pecha (na każdym statku to słyszę, może coś w tym jest?). Bo mało ryby, bo silnik się popsuł, bo często mają trał porwany, a parę godzin wcześniej stracili nawet cały kawałek trału, coś puściło i z rybą powędrował na głębiny oceanu spory kawał siatki, ponoć od 4 lat, jak ten statek jest Holendrów, coś takiego się nie zdarzyło, ponadto często zaczęła się psuć sonda w siatce, co informuje, ile ryb wchodzi do środka, no i psuje się główny radar, przez co ploter też dokładnie nie działa. I te wszystkie nieszczęścia są spowodowane obecnością mojej biednej i skromnej osoby!!! Mnie tam wsioryba, niech będzie i na mnie, a co tam!!! Na mostku fajnie czasem można słuchać rozmów przez radio, zwłaszcza jak łamaną angielszczyzną próbuje się dogadać kapitan ruskiego statku z Chińczykiem. Okazuje się, że ruscy, mimo że wyglądają na takich, co genetycznie czują wstręt do nauki języków obcych, to i tak lepiej gadają od Chinoli. Wiec między skrzekami radia słychać jakieś podstawowe słówka angielskie mocno zdeformowane raz przez akcent rosyjski raz przez mandaryński. Próbują się dogadać, który w którą stronę robi zwrot, tak żeby nie zderzyć się lub co bardziej prawdopodobne nie splątać siatkami. Sprawę komplikuje, że kraje dalekiej Azji mają na opak do reszty świata zasady w ruchu statkach odnoszące się do oznakowań czy też pierwszeństwa (podobnie jak to, że w Europie chyba tylko Angole i Irysy jeżdżą pod prąd, piszę chyba, bo nie jestem pewien jak jest na Malcie, ale zresztą Malta to geograficznie Afryka). No i Rosjanin kilka razy mu tłumaczy, w którą stronę chce zrobić zwrot, żeby Chińczyk mu zrobił miejsce. Z kolej Chińczyk rozumie wszytko na opak, wtedy jest i tłumaczenie od początku, w końcu za 5 razem Chińczyk łapie, o co chodzi. Tym razem Rusek nie dał się wyprowadzić z równowagi (chociaż mało brakowało) i wiązanka ruskiego mata (to rosyjskie przekleństwa) z bladziami na czele nie poleciała. Potem nasz pierwszy jedno radio przestawił na inne częstotliwości i tak w jednym radio było słychać mandaryński, a w drugim flamandzki, dziwne że nie słyszałem tu jeszcze greckiego, bo greckie trawlery też tu są, ale oni chyba mają ruska załogę. Na polskich statkach to w radio często słychać kaszebści i mimo że nie znam tego języka, może bym więcej wyłapywał niż z flamandzkiego, nie mówiąc nic o mandaryńskim. Pewnie tych problemów ze zwrotami by nie było, gdyby nie to, że wszyscy łowią w kupie na bardzo małym obszarze. Kurde taki olbrzymi ocean, a wszyscy sobie na łeb włażą. Jak szukamy ryby, to też zamiast wszyscy się rozpłynąć w różnym kierunku, to płyniemy tyralierą na wschód. Na ploterze lub radarze wygląda to jak jakaś flotylla płynąca na wojnę z Nową Zelandią. Pytałem pierwszego, czy nie lepiej się rozpłynąć i żeby każdy szukał gdzie indziej. On twierdzi, że to najlepszy system. Bo jak ktoś znajdzie rybę, a szukaliśmy pół dnia, a on płynął w przeciwnym kierunku, to wtedy musimy płynąć do niego dobę. W sumie to loteria, ja bym wolał się rozpływać i to, że płyną razem, to chyba bardziej z powodów psychologicznych niż merytorycznych, ale pewnie się mylę, bo jeśli ten system działa i się sprawdza od tylu lat? |
sieci wybiera się o każdej porze dna i i nocy i o każdej pogodzie |
budowa tralu jest prawie tak samo skomplikowana jak sieć elektryczna w Katmandu |
napełnianie zbiorników rybą |
| Ostatnio też zrobiono alarm przeciwpożarowy, nie wiem dlaczego te próbne alarmy robią pod koniec rejsu, a nie na początku, no i prawie zawsze pokazują one anarchię panującą na statku niż jakieś działanie zgodnie z wcześniej ustalonym planem. Ja byłem w grupie D czyli Delta. Naszym szefem w tej grupie był Żenia, zastępca rybnego majstra, ale oczywiście miał problemy, żeby się dogadać przed krótkofalówkę z kapitanem. Kurde czy ci Rosjanie nie mogą się tego angielskiego uczyć? Dziś mi się pomocnik kucharza użalał, że gdyby znał angielski, toby spokojnie miał pracę za co najmniej 1500 euro. Wszyscy psioczą na Pearl Streama, jaki to paskudny statek, jak buja, że są na nim paskudne warunki. Ale im bliżej do końca zmiany, tym częściej się o nim mówi i tym bardziej każdemu zależy, aby na niego się dostać. Mi zakomunikowano, że dla mnie nie będzie miejsca. No super, raz że teraz na pewno mnie z uczelni wywalą, a dwa że znowu będę musiał pisać maile do Holandii i znowu będą kwasy z kapitanem i pierwszym jak rok temu. Podobno jest problem, bo tam na Pearl Streama nie wejdzie więcej osób, bo raz, że jest problem z kojami, a dwa przepisy, musi być odpowiednia ilość tratw ratunkowych dla odpowiedniej ilości osób, i ludzi nie może być na statku więcej niż jest miejsc na sprzęcie ratunkowym. A ponadto z naszą zmianą miała przyjechać ekipa Ukraińców. Ale brati atamanów nie wpuścili do samolotu. Teorii jest kilka. Jedna to taka, że mieli bilet przez USiA, a jak się nie ma wizy, to mimo że to tylko tranzyt, a oni mają książeczki żeglarskie, to ich nawet do samolotu nie wpuszczą. To ciekawe, że wszystkie kraje honorują książeczki żeglarskie poza tymi głównego strażnika przestrzegania prawa międzynarodowego, czyli USiA. Armator jednak chyba by nie był tak głupi, żeby im kupić bilety z przesiadką w Atlancie, lub Majami. A może mieli lecieć Luftwafe i pobiło ich gestapo za kapelusz i płaszcz? W sumie zdarzało to się już Polakom, to czemu nie miało by się przydarzyć naszym wschodnim sąsiadom? Trzeci bardziej prawdopodobny powód to to, że bratia atamani, przed wejściem na odprawę za bardzo pokrzepili się horiłką i obsługa lotniska słusznie zauważała, że etanol w połączeniu z kozacką fantazją na dużej wysokości równa się kłopoty i grozi międzylądowaniem na jakimś lotnisku po drodze, coby brać atamańską wysadzić. Koniec końców statek musi mieć pełną obsadę, więc część marynarzy przez nich ma ponadprogramowe przedłużenie kontraktów. I teraz oni mają być wymieniani, ale wąskim gardłem okazuje się Pearl Stream, który nie jest w stanie wszystkich pomieścić. Na szczęście okazało się, że dla mnie jednak znajdzie się miejsce, więc jednak o tym nie musiałem donosić szefostwu w Holandii i nie będzie jak rok temu, że obserwator jest baaaardzo niedobry, bo się bezczelnie stawia. Ufff na razie kwasów nie ma z szefostwem statku. Za to jakiś czas temu pierwszy mnie opierdzielił, jak byłem na pokładzie podczas pompowania ryby. Wręcz mnie z pokładu wypchnął, bo nie powinno mnie tu być, bo tu jest "bardzo niebezpieczne" miejsce. Tak, byłby wiarygodny, gdyby był odpowiednio ubrany, bo sam kasku nie miał, no i łaził w chodaczkach (i oczywiście po chwili mokrych białych skarpetkach), które jak na to miejsce nie są bezpiecznym obuwiem. Tak patrzę, że nasz kapitan musi być bardzo samotną osobą. On praktycznie poza mostkiem i swoją kajutą nigdzie nie pojawia się, myślę, że część załogi od początku naszej zmiany nie widziała go ani razu. Tylko 3 razy widziałem go w kantynie, a to już minął ponad miesiąc, jedzenie często mu donoszą na mostek, a może po prostu ja jem w innych godzinach niż on? Tak poza tym, to praca na statku rybackim jest znacznie trudniejsza niż na innych statkach. Na innych statkach to najczęściej jest załadunek i płynięcie z punktu A do punktu B. A tu trza kombinować, szukać ryby, ustawiać się tak, żeby dobrze trał chodził. Owszem może na tankowcach jest większa odpowiedzialność, ale generalnie na innych statkach to musi być nuda, i chyba dlatego ludzie, co są kapitanami i oficerami na rybackich statkach, nie chcą zmieniać pracy na inną, mimo że czasem inni płacą więcej. Od 1,30 do 2,30 oraz między 7,30 a 8,30 i to nieważne, czy to przed czy po południu, zawsze 4 razy na dobę słychać intensywne trzaskanie drzwiami. Trzask, trzask, trzask..... no i u sąsiadów za ściany włącza się latynoskie disco polo. To znak, że właśnie następuje zmiana wachty. Zawsze jest zmiana o 2 i o 8 i wtedy można hałasować, w innych porach lepiej zachowywać się cicho, bo zawsze ktoś śpi i odpoczywa po swojej wachcie. Jedni mają wachty 12h inni 6h i ci, co mają 6h, najczęściej hałasują, bo to oni hałasują 4 razy na dobę. Jak fajnie, że ja tu jestem wolnym ptakiem..... Da się zauważyć, że statek to przeciwność samochodu, przynajmniej jeśli chodzi o oświetlenie. Nie ma z tyłu czerwonych świateł, cały jest oświetlony białym światłem zwłaszcza na rufie, pokład, gdzie się wybiera i wydaje trał, musi być bardzo dobrze oświetlony jasnymi, dużymi halogenami. Z tego powodu można na początku mieć problem z rozróżnieniem w nocy przodu i tyłu statków, które w nocy łowią obok nas. Przecież oni nie muszą sobie drogi oświetlać, ich oczy to radary |
coby zapewnić nam troche ruchu i rozrywki urzadzają nam próbne alarmy, na których musimy się przebierać za teletubisie, na szczęscie nie mamy fioletowych kombinezonów |
| Nasz statek jest jak wąż, który na raz połyka dużą zdobycz, a potem ją trawi przez kilka dni lub tygodni. Tylko że nasza zdobycz ma inną konsystencję, nie musimy po jej połknięciu leżeć i odpoczywać. Płyniemy dalej, kadłub w przeciwieństwie do skóry i większości tkanek zwierzęcych nie jest rozciągliwy, więc nasze pożywienie dostosowuje się do naszych trzewi, a nie na odwrót jak u węża. A że ryby nałowiliśmy bez umiaru, to znowu zaczęliśmy przeładunek. Na początku szło bardzo wolno, bo statek baza tym razem Boston Bay przypłynął praktycznie bez ludzi. Ale po niecałej dobie przypłynął Margiris i uzupełnił braki obywatelami Peru. Teraz to fajnie wygląda, jak małe beżowe ludziki w czarnoniebieskich kurtkach w białych kaskach biegają po pokładzie. Jak by to to zminiaturyzować, to mogłyby to być klocki Lego. Taki zestaw, statek rybacki i statek baza, podczas rozładunku. Armator dawałby w prezencie dla dzieci marynarzy, coby ich zarazić marynistyką rybacką i na przyszłość mieć nowych pracowników. Tylko do zestawu ludzików powinien dać więcej kasków, bo oryginały nie chcą za bardzo ich wkładać, fakt nie jest to wygodne, ale u ludzika Lego czapeczka, w tym kask, to podstawa. Fajnie się obserwuje jak u nas ryby ubywa, a w bazie przybywa, to automatycznie my zmniejszamy zanurzenia oni zwiększają, my zmniejszamy, czyli patrzymy na nich z góry. Zabawne jest to, że baza na długość jest prawie tak samo duża jak my i służy tylko do transportu ryby, a ona zabiera na pokład tylko 5500 ton ryby, a my prawie 8 tys., a dodatkowo przecież łowimy ryby i mamy jeszcze przetwórnie, łot technika!!!!!! Na koniec przeładunku zaczęło padać, ale w sumie słabo. I się pytam głównego bosmana, czy deszcz nie przeszkadza, a on: - eeee nie - ale przecież ryba jest w kartonach, które namokną wodą - eeee to idzie tylko do Nigerii, więc nic nie szkodzi -no ale w Nigerii jest przetwarzana i idzie dalej do Japonii czy do Europy - spoko, większość oni zjadają, a w Europie nie je się tego gówna. Kurde niezłe podejście, raz że ostrobok jest bardzo smaczną rybą. Dwa że zero szacunku dla zwierząt (nie wspominając o Murzynach), dzięki którym ma pracę, ma co jeść i utrzymuje swoją rodzinę!!! Wcześniej pisałem, że jesteśmy prymitywni i jak paleolityczni łowcy. Tylko że paleolityczni łowcy mieli (i ci, co jeszcze tak żyją, mają) szacunek dla swej zdobyczy. Przepraszają duchy upolowanych zwierząt, że musieli je zabić. W jaskiniach i na skałach malowali swoje ofiary. Samowie nie śpiewają o miłości i o tym, że widzieli ptaka cień, tylko wychwalają w swych pieśniach renifery. Mimo że ludzie przyczynili się do wyginięcia mamutów, nosorożców włochatych czy niedźwiedzi jaskiniowych, to mieli dla nich szacunek. To straszne jak człowiek, który nie musi polować, bo pożywienie zdobywa w supermarkecie, odsunął się od przyrody. Podczas rozładunku sieci są zwinięte na bębnie, drugiego dnia z jednej z nich zaczął unosić się dym. Na dworze nie jest gorąco, jakieś 15 C , a tam się kopci. Okazuje się, że te resztki ryby w siatce, a tych resztek jest sporo w środku, zaczynają swoje procesy chyba bardziej chemiczne niż biologiczne. Ponoć w okolicach ryby temperatura potrafi wzrosnąć nawet do 300 C !!! Od tego potrafi się zapalić zwinięty trał, jak jest sucho. Więc zawsze odkręca się wodę i leje na zwiniętą siatkę coby to "ugasić" i zapobiec samozapłonowi. Są rzeczy, co się nawet fizjonomom nie śniły!!!!! Holendrzy to najczęściej protestanci i tak zauważyłem, że co najmniej 3 z nich modli się przed posiłkiem. No może nie żegnają się znakiem krzyża, jak przystało na normalnych chrześcijan, tylko po prostu zamykają oczy i przenoszą się umysłowo do swojego religijnego świata. Wygląda to co najmniej ciekawie (czytaj zabawnie) jak wytatuowany 55-letni facet zamyka z całej siły oczy tak jak zamykają pięciolatki, żeby być niewidocznymi (to prosta zasada, jeśli zamknę oczy, nic nie widzę, a jeśli ja nikogo nie widzę, to inni też mnie nie widzą i jestem niewidzialny, łatwizna!!!!!!). W sumie mógłbym im opowiedzieć historię polskich lisowczyków co siali postrach między Morzem Białym a Italią. Była fajna relacja jednego pastora, co opisuje atak lisowczyków na ich tabor. Wyglądali strasznie, jadąc na koniu machali dwiema szablami na raz i atakowali z okrzykiem na ustach: "bić Lutra skurwysyna!!!!!!!!!!". Relacja kończy się zdaniem, które brzmiało mniej więcej tak - tylkom jam przeżył, bom szybko do lasu uciekł. Ale w sumie zachowałem w sobie resztki poprawności politycznej i póki co, tego im nie opowiedziałem........... na razie:) Tak sobie pomyślałem, że jeśli tu jest tyle statków na małym terenie, to trochę religijnych ludzi by się pewnie znalazło, zresztą to chyba normalne, bo religijność jest ogólną cechą gatunku Homo sapiens. Można by było w ten rejon wysłać jakiś religijny statek, żeby rybacy mogli dać upust swej religijności. W niedzielę by były trzy msze dla protestantów, prawosławnych i katolików. W sobotę mogłoby być nabożeństwo dla Żydów, ale myślę, że za dużo by ich nie było. A w piątek statek by brał kurs na Mekkę i na pokład by wchodzili Muzułmanie. Biorąc pod uwagę, że są tu Chinole i Koreańcy, można by było pomyśleć też coś o buddystach i tych od Zen czy Sintoizmu, ale z drugiej strony czy Buddysta może pracować na la maquina de la muerte? Szef projektu, co tu wysyła obserwatorów, to na brak zajęć nie ma co narzekać. Non stop kursuje między Mauretanią a Peru i Holandią. Ostatnio była wizyta prezydenta Chile w Holandii i okazało się, że zaproszono go na lancz, na którym była około setki osób, między innymi prezydent Chile, królowa Holandii i premier Holandii, kurde nie wiedziałem, że znam taką szychę. Ale zaprosili go pewnie dlatego, że rozmowy głównie dotyczyły rybactwa w tym regionie. Tutaj załoga jest ciekawa, czy Chilijczycy otworzą swoje porty dla statków rybackich spoza Chile i swoją strefę 200-milową dla połowów innym statkom. Na to ostatnie bym raczej nie liczył, to tak jak USiA by się zgodziły na instalację wojskowej bazy Unii Europejskiej w Karolinie Północnej. Zresztą na pierwsze to też marne szanse, bo Chilijczycy już coś mówią, że chcą statkom typu Pearl Stream, czyli zaopatrującym statki rybackie tutaj, zabronić wstępu do swoich portów, tego raczej nie zrobią, bo EU ostro protestuje, zresztą to chyba wbrew prawu międzynarodowemu. Ale z drugiej strony mają rację, że utrudniają dostęp do łowisk. |
montowanie czujników w sieci |
nie wszyscy na statku maja krótkofalowki |
wydawanie trału |
| Ostatnio przeczytałem "Młot na czarownice". Kurde co za pozycja, cały tytuł brzmi: "Młot na czarownice postępek zwierzchowny w czarach a także sposób uchronienia się ich jak i lekarstwo na nie w dwóch częściach zamykający". Pozycja jest niezła, opublikowana w 1486 przez dwóch niemieckich dominikanów i zawiera praktyczne wskazówki dla inkwizytorów. Są opisy spółkowania z diabłem i inne niestworzone rzeczy. To był hicior wydawniczy przez kilka stuleci. Jakby wtedy istniał Empik to pierwsze miejsce bescelerów zajmowałaby Biblia, a drugie właśnie Młot na czarownice. Polski przekład pojawił się w 1614, a rok temu wyszło wznowienie, dostosowane do współczesnego języka, niestety tylko z 2 częściami, a nie wszystkimi 3. Wydane to zostało przez jakichś walczących ateistów, coby pokazać zbrodnie katolików popełnione w imię religii. Trochę przesadzają, bo z religią czy bez ludzie wtedy mieli i tak we łbach porąbane totalnie, w końcu dziedziczymy spuściznę chorego psychicznie Rzymu. Ale jest fajny fragment dotyczący zwierząt: "Musicie sobie uświadomić, że istnieją dwie grupy stworzeń + doskonałe, tj.: człowiek, wół, osioł itp. + niedoskonałe, tj.: węże, żaby, myszy, muchy itp. Niedoskonałe rodzą się ze zgnilizny materialnej. I właśnie takimi zarządza szatan." Mnie zastanawiają dwie rzeczy, do jakiej kategorii zaliczyć przez nas łowione ostroboki? No i umieszczenie człowieka w doborowym towarzystwie zwierzaków niezbyt rozumnych za to wykorzystywanych do pracy. Parę dni temu widziałem fontannę wieloryba, ale niestety jego groźnego cielska nie udało mi się zobaczyć, za to od Eryka dowiedziałem się, że tego dnia jakiś wieloryb pływał przy samym kadłubie, kurde jaka szkoda, że poza fontanną nie widziałem drania. Pewnie nim też zarządza szatan i przez to nie udało mi się go dostrzec. Ale coś w tym jest, bo z tego co się orientuję, to wieloryby nie są koszerne. Jakby je traktować jako ssaki, to nie mają podzielonego kopyta (w sumie w ogóle go nie mają) na dwie części ani nie przeżuwają, a to podstawowy warunek, żeby ortodoksyjny Żyd mógł go zjeść, z kolei traktując go jako rybę, sugeruje to nazwa jego oraz kształt, jak i fakt, że żyje wodzie, to też jest problem. Ryby są koszerne, ale z wyłączeniem tych bez łusek, a u wielorybów na próżno szukać łusek. Może dlatego izraelski przemysł wielorybniczy nigdy się nie wykształcił. A tak na marginesie religia to jednak potrafi komplikować życie, jeśli chodzi o odżywianie się. Mimo wszytko człowiek docenia swój katolicyzm, tutaj ludzie są na tyle normalni, księża nie każą mi potrzeć na racice zwierząt czy patrzeć, czy przeżuwa, żeby się zastanawiać, czy popełniam grzech czy nie, jak to zwierzątko zjem. Tak obserwując ptaki za burtą to człowiek dochodzi do wniosku że nad wodą jest taka sama monokultura gatunkowa jak pod wodą. Pod wodą prawie same ostroboki, nad wodą prawie same albatrosy czarnobrewe, ale na szczęście pojawia się czasem coś innego wśród tego tłumu czarnobrewych. Najlepiej jak statek po zaciągu absolutnie zatrzyma się, chyba nie ma wtedy lepszej opcji na focenie ptaków, wtedy wszytko lata znacznie bliżej, siada na wodzie pod samą burtą i upaja się swoją zdobyczą, która na chwilę jest nieruchoma i tylko co chwila wypluwa ryby. Takie nieuciekające około półkilogramowe, w sam raz do przełknięcia. Niestety nasz statek rzadko kiedy staje totalnie. Jak statek nie wypluwa ryby, to normalnie za statkiem lata tylko setka ptaków. Tylko zaczyna się coś dziać - rzucili rybę!!!!!! Od razy kilkaset czujnych oczu, co obserwowała metalowy karmnik w znacznej odległości, gdzieś tam za falami, niewiadomo skąd (pewnie spod wody) znajduje się wokół nas. Rano i wieczorem albatrosy wpadają w stan, co można nazwać orgią żerowania. Wtedy dobrze się je foci, podlatują blisko i zaczyna się wojna. Moim hobby stało się focenie ich podczas nurkowania, zwłaszcza moment wyłaniania się, jak głowa jest jeszcze okryta cienkim całunem wody. Po udanym nurkowaniu albatros musi błyskawicznie przełknąć swą zdobycz, nie zawsze jest to łatwe, bo od razu po wynurzeniu ląduje mu na głowie (dosłownie i w przenośni) banda kumpli - właściwie pseudokumpli i zaczyna się wojna o rybę. Ciężko pojąć skąd w tych pięknych i majestatycznych ptakach rodzi się tyle agresji. Czasem tak się tłuką, że nawet mimo iż są na ogół nieme, podczas walki wydają jakieś swoje chrapliwe albatrosie dźwięki. |
na jednej klatce co najmniej 4 gatunki albatrosów plus stonka czyli warcabniki |
ogr czyli petrelec |
oceannik zółtopłetwy |
start czarnobrewego |
co tam Franek nam tym razem wyłowił |
na górze sępy już czekają |
tym razem nurkowanie bez sukcesu |
| Próbuję też sfocić warcabnika, ale to jest trudne zadanie, do tej pory nie mam żadnej porządnej foty, mimo że po albatrosach czarnobrewych są to najpospolitsze ptaki. Blisko też podlatują, ale są mniejsze i szybsze, właściwie momentami mam wrażenie że mają ADHD, nic w nich z dostojnego lotu czarnobrewych. Jak co rejs zawsze musi jakiś ptak w nocy oślepiony reflektorem przydzwonić w nasz statek. Tym razem przyszła kolej właśnie na warcabnika. Kumple z pokładu mi zakomunikowali - Tomek tam na nizhu w jaściku jest dla tiebia ptica. No i patrzę, a w pudełku siedzi warcabnik. Wyglądał na zdrowego, tylko trochę zszokowanego. Czyli krótka sesja zdjęciowa i za burtę. Jak jest przeładunek, to statek idzie jakieś 2,5 węzła, to jest dobra szybkość, ptaki podlatują blisko, w końcu udało mi się sfocić oceannika żółtopłetwego, ale jego małe rozmiary i niechęć do nadmiernego zbliżania się do statku sprawiają, że sam ptaszek składa się z kilku pikseli. Trochę się zbliżyły też dosyć nieśmiałe petrelce. Ale to brzydale!!! Od razu jak je widzę, przypomina mi się "Tupot małych stóp", tam jest scena, jak dwa właśnie petrelce chcą pożreć pisklę pingwina. I ten pingwin zwraca uwagą na obrączkę na łapie jednego z nich. To on opowiada wtedy swoje traumatyczne przeżycie w kontakcie z obcymi, że są brzydcy, łażą na dwóch łapach, mają płaskie twarze bez dziobów i robili na nim eksperymenty, a na koniec założyli mu na łapę właśnie tą obrączkę. Niestety żaden z ptaków, jakie fociłem, nie miał z obcymi do czynienia, wszystkie czyste, bez blach, a szkoda, bo ciekaw jestem, gdzie one mają lęgowiska. Te petrelce to wyglądają jak takie paskudne ogry, taki odpowiednik amstafów na oceanie, no może przesadziłem, aż tak straszne jak amstafy to nie są. Myślę, że nigdy nie budziły zbyt dużej sympatii wśród ludzi, a po tej kreskówce dla dzieci ich notowania musiały totalnie spaść nawet wśród miłośników ptaków. Trzeci dzień przeładunku był najlepszy. Albatrosy latają za rufą, statek idzie powoli, słońce schowało się za chmurami, więc jest super pogoda na focenie. Dodatkowo przez ten czas przetwórnia stoi i nie wyrzuca się za burtę odpadów, czyli po 3 dniach dziady mocno wygłodniały. Nie ma lepszej okazji na focenie. Wtedy organizuję walki gladiatorów. Zebrałem ryby walające się po przetwórni, zimne i niezbyt świeże, ale jeszcze nieciągnące się, ale już z fetorkiem. Myślę, że jakby teraz wparował tu sanepid, to za te nadpsute ryby w przetwórni, gdzie co jak co produkuje się żywność, armator by nieźle beknął, albo kapitan by musiał dać niezłą łapówkę. Mam nadzieję, że nadpsuta ryba chyba nie przeszkadza albatrosom, bo to w końcu takie oceaniczne sępy, co zbierają z powierzchni albo trupy, albo bardzo niemrawe stworzonka, więc chyba mu nie powinno zaszkodzić. No i poza tym niebawem te ryby wylądują i tak za burtą jeszcze bardziej podpsute (bo czas działa na ich niekorzyść) i albatrosy i tak się na nie rzucą jak szczerbaty na suchary. Tak stojąc na rufie ze śmierdząca rybą w jednej ręce, aparatem w drugiej i skrzynką ryb pod nogami czułem się bardziej jak trener uchatek, niż osoba dokarmiająca albatrosy. Jak się wrzuci rybę, to jest masakra, bitwa taka, że ta pod Grunwaldem (no właśnie to już za 1,5 miesiąca:) to pikuś. Czysta przemoc, pod samą burtą, i wtedy można robić fajne fotki. W sumie skrzynka nadgniłych ryb to chyba dobra cena za dobre ujęcie. Czarnobrewe i szarogrzbiete są najbardziej mobilne. Z mobilnością mają problemy królewskie i wędrowne. One mają inną technikę. Wiedzą, że jak jest mała ryba, to zanim dotrą na miejsce, to już jest połknięta przez mniejszą konkurencję. Jak ryba ma koło 1,5 kg , a takie też czasem rzucam i jest do tego podmrożona, więc ciężko ją rozszarpać, walka o nią trwa dłużej. Wtedy duże albatrosy wiedzą, że to zadanie jest dla nich i po taką zdobycz już warto się pofatygować, nie za szybko oczywiście, żeby przypadkiem ich majestat nie ucierpiał. Jak już dotrą do kotłowaniny, gdzie ciągle trwa jeszcze walka o rybę, to bezpardonowo biorą, co swoje. Mając o dobry metr większą rozpiętość skrzydeł, może są mniej mobilne, ale ich potężny dziób to solidny argument. Zachowują się jak osiłki co właśnie wylazły z siłowni, wolno im wszytko!!! Jeśli wędrowny ma w dziobie rybę, to tylko wyjątkowo bezczelny ptak lub samobójca próbuje mu ją odebrać. Takie monstrum bez oporów moralnych potrafi swym dziobasem przywołać do porządku swojego niewyrośniętego kuzyna. Ale czasem się zdarzy że 1,5 kg ryba zostaje połknięta przez czarnobrewego, nie wiem, jak on to robi, nagle z ptaka 4,5 kg robi się 6 kg ptaszysko !!! Nieźle, nie mam pojęcia, jak on to trawi, ale pewnie na najbliższy czas o jedzenie martwić się nie musi. |
kurde jak on to zmieści, ale albatrosy są zdolne |
duży może wiecej, z nim się nie dyskutuje, jak chce rybę to trzeba mu ją oddać, jakikolwiek opór tylko przysparza niepotrzebnego cierpienia |
kujawiak |
tutaj panuje podział pracy, czarnobrewe wynurkowują ryby a szarogrzbiete je jedzą, zresztą szarogrzbiete w tym cłly towarzystwie sa chyba najbardziej utuczone |
dziabnie czy nie dziabnie ten warcabnik |
warcabnik tu widać czemu należy do rurkonosych |
warcabnik, prezentacja upierzenia |
| Przy tym wszystkim dziwią mnie warcabniki bardzo blisko się kręcą obok całej kotłowaniny. Liczą na to, że podczas ferworu walki i rozdziobywania ryb może od nich odlecieć jakiś mały kawałeczek, chociaż jakaś mała osteczka z dwoma miomerami przyczepionymi do niej. Czyli coś takiego, czego nawet nie zauważy normalny albatros, ale choć trochę zaspokoi głodnego warcabnika. Ja na ich miejscu bym się bał. Mniej agresji niż tu jest jak się karmi stado łabędzi w parku, a i taki łabędź, jak się wkurzy, bo jakaś krzyżówka lub łyska podpłynęła za blisko, to potrafi z premedytacją utopić niewyrośniętą konkurencję. Za to oceanniki latają w pobliżu, ale nie tam, gdzie się wszyscy kotłują, one raczej liczą na jakiś mikrookruszek, który umknie warcabnikowi. Na początku wolałem rzucać małe ryby, chociaż potem okazało się, że większe ryby dają więcej emocji, bo o nie jest dłużej bójka i ona z reguły trafia do żołądków większej liczby ptaków, ale czasem ze zdziwieniem można stwierdzić, że szarogrzbiety potrafi połknąć błyskawicznie, zanim mu zabierze konkurencja całego ponadkilogramowego ostroboka, nieźle jak na ptaka, który sam waży około 4,5 kg . Cała ta bójka trochę przypomina rugby, tylko z tym, że każdy zawodnik gra w oddzielnej drużynie i rybę wrzucamy nie do bramki, tylko połykamy. Fajnie też jest jak ryba pójdzie trochę głębiej pod wodę, wtedy albatrosy ją szukają, nurkują, kombinują i w końcu jakiś szczęściarz wyławia ją, najczęściej krótkotrwały szczęściarz, bo szybko go kumple okradają. No i znowu zauważyłem, jak w plastikowym worku ze śmieciami wyrzucanym za burtę z lubością buchtują właśnie te duże albatrosy. Szkoda, bo mogą się najeść plastiku albo innego świństwa, ale weź im wytłumacz, że to nie jest papu. Inny problem to to, że zdarzają się albatrosy dziwnie ubarwione, po bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że ten brązowy deseń na brzuchu to nie żadna anomalia w upierzeniu tylko nasz ptaszek się tak usyfił. Można by powiedzieć brudas, ale to raczej brudasy są ludzie co wywalili za burtę jakiś syf wysmarowany olejem lub ropą, a albatros się w tym potem wytytłał. Udało mi się sfocić pierwszy raz w tym roku albatrosa siwogłowego, endemita z wyspy Chatham. Cała populacja to około 4,5 tysiąca par, czyli mniej niż 20 tys. ptaków w sumie. Widziałem je rok temu, ale już potem miałem wątpliwości, czy nie pomyliłem się z oznaczeniem z dosyć podobnym albatrosem szarogrzbietym. Teraz widziałem jak oba te gatunki latają obok i wiem, rok temu widziałem właśnie siwogłowego. Że on tu jest, to nie jest nic dziwnego, bo mimo że się lęgnie pod Nową Zelandią, to poza sezonem lęgowym dolatuje do Chile. Ale sam fakt, że ich jest tak mało, to jest już sukces sfocenie go. |
siwogłowy dobrze se radzi |
brudas, oczywiscie nie czarnobrewy tylko ten co ten smar za burtę wywalił w którym potem to pocieszne ptarzysko sie wytaplalo |
walka czarnobrewych |
walki gladiatorów |
| Udało mi się uchwycić jak albatros białoczelny pruje lotką powierzchnię wody, tak jakby się na skrzydle podpierał o ocean. Pewnie próbował na moją cześć napisać na wodzie RAQ, ale niestety nieposłuszna woda nie chce długo trzymać napisu. Zdjęcie niestety nie jest dobre technicznie, no ale widać to, co trzeba. Od razu mi się przypomina historia opowiedziana przez znanego polskiego filmowca i fotografika przyrody, notabene z Olsztyna. Opowiadał jak kiedyś był na Biebrzy i siedział przed chałupą z jakimś dziadkiem. Tak sobie siedzieli kontemplując krajobraz, aż wzrok dziadka powędrował na niebo, gdzie było widać samolot pasażerski który na błękitnym niebie 10 km nad nimi zostawiał białe smugi. Dziadek wtedy powiedział: "Te piloty to nie piloty, to chujowe piloty, w I wojnę światową ruskie piloty to były piloty!! Taki jak leciał dwupłatem, to leciał tak nisko, że mi cebule z pola kradł! A teraz.... eeeeee..... te to chujowe piloty!!" Biebrzański dziadek bez wątpienia nie zakwalifikowałby albatrosów do klasy lotników ch....ych. |
bialoczelny znowu skrzydlem cos bazgrze po oceanie, taki lokalny graficiarz |
grunt to dobrze wylądować |
lądowanie na czyjejś głowie amortyzuje twoje zetknięcie z wodą |
łamacz fal, nie tylko nas ocean poniewiera |
narodziny obcego |
aniołom opadły skrzydła |
I na koniec informacja z ostatniej chwili ponoć parę godzin temu rozbił się samolot Air France, leciał hmmm z Ameryki Południowej i rozwalił się nad Atlantykiem. Szczegółów nie znam, chyba nikt ich jeszcze nie zna, no ale pomijając, że lubię latać tymi liniami i mam nadzieję, że nimi będę wracał. Tzn. raczej to pewne, że Air Francem będziemy wracać, bo skoro nim przylecieliśmy, to raczej i nim wrócimy. Ale te miłe uczucie, że właśnie ostatnio taki się rozbił hmmmm....., no może nie do końca taki, bo rozbił się Airbus, a my najczęściej latamy Boeingami. Podchodząc do tego bardziej matematycznie to Air France właśnie wykorzystał na najbliższy czas, a na pewno na ten rok limit katastrof. Raczej małe prawdopodobieństwo, że w przeciągu krótkiego czasu spadnie im znowu jakiś samolot. Tak mówi statystyka. Więc mam nadzieję, że za 3 tygodnie będzie mi dane moczyć swe ciało w jeziorze ofiary, a nie być rozszarpywanym przez kondory i pumy w Andach, InshAllach!!!!!!!!!!!!!!! Katastrofa ma też swoje plusy, bo tak, powinienem mieć więcej miejsca w samolocie, tym bardziej, że z brodą wyglądam jak Al Zarkawi, a ponadto na pewno wzrośnie religijność pasażerów. |
nie zawsze czarnobrewy miękko ląduje |
uwaga wychodzę!! |
uwaga, wychodzę!! 2 |