Poniżej zamieszczamy relacje Tomka Raczyńskiego z jego pobytu na wodach opływających Ameryki.
|
| Kobieta Ryba
W końcu jest!!!! Pojawiła się!!! Codziennie wychodziłem za rufę i krzyczałem Rybo - Kobieto gdzie jesteś!! Pokaż się!!! Niwichowie uważają ją za swoją, ale ja myślę, że to uniwersalna istota, bez żadnych promocji Ryba - Kobieta dla każdego!!! Mimo że do osiedli Niwichów mamy dobre parę tysięcy kilometrów (na szczęście to na tym samym oceanie), to Ryba - Kobieta ukazała się. Piękna, duża, szybka!!!! Ale tak na serio to chyba mi się już nieźle we łbie poprzewracało od tej morskiej wody i bujania. Spotkanie z nią wyglądało następująco. Siedziałem sobie na rufie, oddając się bez reszty swojemu ulubionemu zajęciu (ulubionemu zaraz po robieniu niczego) czyli foceniom albatrosów. To było w czasie brania paliwa, więc statek szedł dosyć wolno, mniej niż 3 węzły. No i jak już kończyłem nagle całe ptasie towarzystwo zrobiło się bardzo nerwowe. Nagle wszytko zaczęło latać i do żadnego ptasiego móżdżka nie wpadł pomysł coby usiąść na wodzie. I wtedy patrzę, a tu płynie ona, Ryba - Kobieta. Pierwotnie myślałem, że to jakiś delfin, ale coś się nie zgadzały płetwy, były takie jakieś oklapłe. No tak, prosto na nas płynie uchatka!! Dziwne te zwierzęta, trzymają się z reguły przy brzegu, a my jesteśmy jakieś dobre 400 km od brzegu!!!!!!!!! Zrobiłem jej masę zdjęć, według mnie to samica lub młody samiec. Lwa morskiego od razu można było wykluczyć, bo frędzle na końcu płetwy ogonowej (w sumie są to palce) były równe, a u lwów morskich jeden z nich jest dłuższy. Niestety dalej z oznaczaniem mam problem, dla mnie na 75% to Juan Fernandez fur seal Arctocephalus philippii, endemit z wysp o tej samej nazwie. Gatunek ten 100 lat temu był uznany za wymarły, głównie za sprawą myśliwych. Ale nagle w latach 60. dwudziestego wieku został na powrót odkryty i wrócił do świata żywych w ludzkiej świadomości, obecnie populacja odradza się. Może to być też południowo-amerykańska uchatka Arctocephalus australis, to już znacznie pospolitszy gatunek. Fajnie by było, jakby moje fotki obejrzał ktoś, kto jest oglądany dosyć dobrze w futrzastych płetwonogach, ale gdzie ja kogoś takiego znajdę? |
jest!!!! Wielka Ryba - Kobieta!!! prawdziwa morska piękność!!! 1,5 miesiąca na oceanie z marynarzami robi swoje, tylko żeby miało płetwy i na drzewo nie wpływało |
| Dobra, tyle z wiadomości z ostatniej chwili, teraz można lecieć dalej z opowieścią. Chociaż nie wiem, czy po ostatniej letalnej wręcz dawce tekstu, ktoś tego maila doczyta do końca. Skończyliśmy przeładunek. Fajnie wtedy wyglądała przetwórnia. Zamrażarki, które służą do tworzenia bloków z ryby chodziły przez cały czas kiedy był przeładunek, czyli jakieś 5 dni. Przez to przetwórnia wyglądała jak lodowy pałac królowej zimy (jakby na to nie patrzeć, tu się właśnie zima zaczęła), wszędzie sople, na instalacjach chłodzących parocentymetrowa warstwa szadzi. Szybko było trzeba to rozmrozić i rybę wysłać do naszej magazyno-zamrażarki. I przetwórnia zabrała się za obrabianie ryby co przez ten czas czekała na swą kolej w chłodzonych zbiornikach. Jedna partia już wysortowanej makreli nie miała tego szczęścia i była w małym zbiorniku bez chłodzenia. Spokojnie mogła być zamrożona w bloki jeszcze przed przeładunkiem, ale nasz rybny majster nie pomyślał. Nie pomyślał też za drugim razem, bo zamiast skierować nadgniłą rybę od razu za burtę - a było to prawie 5 ton!!!!! - to najpierw wylał to na podłogę przetwórni, a potem próbował wodą ze szlaucha do odpływu to skierować, byłoby wszytko ok., gdyby było to parę kg ryby, a nie 5 ton!!!!!! Zrobiła się niezła masakra, jak by w tym czasie wparował sanepid, to by nam przetwórnię zamknęli, 5 ton parodniowej makreli nie pachnie ładnie, no i poza tym to marnotrawstwo, zabijać coś, żeby tylko se zgniło, bez sensu!!!! Myślę, że nasz rybny majster mógłby spokojnie być idolem dla jakiejś odjechanej sekty. Święty Wiliam i jego niepokalany żadną myślą umysł!!! Z całego świata by zjeżdżały pielgrzymki oglądać to dziwo, które można by określić jako wybryk natury, lub bardziej żart Boga. Chociaż jakieś procesy myślowe w jego mózgu muszą zachodzić, skoro jest najważniejszym rybnym majstrem w tej firmie. Może robi tylko takie wrażenie niedorozwiniętego tępaka? |
Piotr Wielki spedzil 2 lata w Holandii i budowal statki a Putin po odbyciu prezydentury zaciagnął się na holenderski statek rybacki, obecny premier Rosji to jego sobowtór, ale o tym sza!!! |
albatros szarogrzbiety |
| Po zakończeniu przeładunku była też jeszcze inna rzecz. Otóż ze statku bazy dali nam 25 peruwiańców. Jak na statek który mieści sobie 50 ludzi, dodatkowych 25 to już robi się ciasno. Dzień wcześniej pierwszy mi zakomunikował, że musze zmienić kabinę, bo do mojej idą Peruwiańcy, a mi na pewno będzie milej mieszkać z Wasią, pomocnikiem kucharza. Dobry pierwszy, martwi się o mnie i nie chce, żebym mieszkał z najniższym niżem społecznym w statkowej hierarchii. Ale jak se pomyślałem to kurde oni tu tylko będą kilka dni, zanim ich nie oddamy następnym, co potrzebują przeładunku. A przeprowadzać się na 3 dni z tymi betami i wracać tu z powrotem to trochę bez sensu. Jakby mój Peruwianiec nie palił i mył się regularnie, to spoko, mogę z nim mieszkać, może w końcu bym trochę więcej po hiszpańsku zaczął gadać. Polazłem tuż przed ich inwazją do pierwszego i go pytam, czy oby na pewno muszę się przenosić, bo mi Peruwiańcy nie przeszkadzają. A on że tak, to się pytam dlaczego. Odpowiedź była krótka, bo cię zabiją!!! Fakt, jeden, co zajął moją kabinę, wyglądał w najlepszym wypadku jak nowojorski gangster z Puerto Rico, a w najgorszym jak nożownik z Callao. Ale pewnie pozory często mylą. |
samoglów z peruwanskim nożownikiem |
albatros szarogłowy |
| Generalnie to tej ekipie współczuję. Są plemiona na Andamanach czy w okolicach Madagaskaru, zwane morskimi Cyganami. A oni to tacy morscy koczownicy 21 wieku. Mają kontrakty też półroczne i dłużej, i co kilka dni zmieniają statek. Zawsze są tam, gdzie jest przeładunek, czyli jedna z cięższych robót i mało bezpieczna, większość wypadków, jakie widziałem na morzu, to było właśnie podczas przeładunku. Nigdzie nie zagrzeją miejsca, często śpią w kontenerach na pokładzie, na ich szczęście teraz takiego nie mamy. Ciężko było ich pomieścić, 9 z nich poszło do salonu, czyli pomieszczenia, z którego czasem, bardzo czasem, korzystają Holendrzy, a tak najczęściej jest zamknięte na klucz. Tzn. prawie codziennie z niego korzysta kucharz, bo ma tu swój rower treningowy. W ogóle jakoś się na statku zrobiło strasznie ciasno, wszędzie ich pełno, peruwiańska stonka. Największa masakra to była z budką telefoniczną, dostanie się do niej graniczyło z cudem. Czasem dzwonię do Polski jak tu jest noc, to wtedy w Europie jest rano lub przedpołudniem, a ta łacińska stonka też wtedy dzwoniła. Na statku jest taki sam czas jak w Peru, a czy ktoś normalny dzwoni do domu o 2 w nocy lub o 5 rano? Kucharz też zaczął narzekać, że musi więcej gotować. Na śniadaniu nawet pojawiła się kartka, że można brać tylko 2 jaja na osobę. Co jak co, ale myślę, że brak jaj to nam nie grozi, więc wydaje się to być śmieszne. Kartka była po angielsku, więc nie wiem, ilu Peruwiańców ją zrozumiało. Przy innych posiłkach kucharz stał i pilnował, żeby brano jedną tylko porcję mięsa. Oczywiście jedna porcja tylko dla Peruwiańców, kucharz najpierw poucza Inkę, żeby brał jedną porcję, a następnego w kolejce, tym razem Irysa, pyta czy nie chce drugiej porcji. Daleki jestem od poprawności politycznej, ale taka dyskryminacja to nawet mnie przeraża. Mało, że im mało płacą, no to akurat pojęcie względne, ale tak czy inaczej, żeby im jeszcze trochę mięsa żałować?
Peruwiańcy często mnie pytali, kim ja jestem na statku, to ja im odpowiadam, że observer, a oni: aaaaa biologo!!!! W sumie fajnie, kiedyś jak ćwiczyłem Taekwon-do, to też miałem ksywę biolog. To było w liceum, jak mieliśmy obóz w lesie. Złapałem wtedy dużego pasikonika i zacząłem go oglądać i jak powiedziałem jednemu koledze, że to samica, bo ten kolec co jej z odwłoka wystaje, to pokładełko do składnia jaj, to on od razu stwierdził, że ja jakiś biolog jestem, no i tak mi zostało. No a teraz jestem "biologo", miłe. Szkoda, że mój hiszpański jest taki słaby. Ciężko się z nimi gada, mimo że są bardzo chętni. Jeden np. pytał się, czy wyrzucanie śmieci zmniejsza bioróżnorodność. To słowo akurat po hiszpańsku prawie tak samo brzmi jak po angielsku ale weź mu wytłumacz w sumie dosyć skomplikowaną rzecz, jaką jest np. użyźnianie oceanu przez detergenty lub inne śmieci organiczne. Zresztą nie wiem do końca, czy koleś wie tak do końca co to jest bioróżnorodność. Bo spadek liczebności populacji ostroboka to raczej nie jest spadek bioróżnorodności, no chyba że ten ostrobok wyginie. Ale na tego typu dysputy potrzebne jest narzędzie do komunikowania się, którego nam akurat zabrakło. Czasem odnoszę wrażenie, że Peruwiańcy mają podobny zasób słów po angielsku do tego jaki Indianie Cejrowskiego mają po hiszpańsku, czyli znają 3 słowa: gringo, nóż, zabić. No ale po 3 dniach, po śniadaniu, nasi goście siedzieli na pokładzie w kapokach i czekali na to zmianę swojego morskiego koczowiska. Pomyślałem, że popstrykam ich trochę. Ja mam często opory przed pstrykaniem ludzi, w sumie nie wszyscy lubią być fotografowani. Najlepiej podejść swoją ofiarę znienacka i pstryk. Teraz zrobiłem trochę inaczej, postanowiłem ich oswoić. Wyszedłem na pokład z aparatem, z doczepioną lampą błyskową. Pomyślałem, że tak trochę poparaduję, pogadam i zacznę robić zdjęcia. A sprawa wyglądała tak, że tylko wyszedłem na pokład i tylko zobaczyli aparat, od razu zaczęli krzyczeć, że chcą zdjęcie!!! Ustawili się w parę sekund. Kiedyś robiłem zdjęcia na studniówkach, tam ustawić tych maturzystów to czasem trzeba się nieźle namęczyć, a tu bez niczego byli ustawieni perfekcyjnie jak trzeba, mali z przodu, ci mniej mali z tyłu, inni w kuckach całkiem z przodu. Potem zaczęli się wygłupiać, zwłaszcza ten koleś co mieszkał w mojej kajucie, ale nie ten, co wygląda jak zbir z Peurtoriko. Zaczął się śmiać, że ten to wikunia, a tamten to jakieś inne zwierzątko, a ten to papuga, a tamten to dorada (rzeczywiście koleś miał taką krzywą twarz jak dorada). Chociaż sam prześmiewca jak byłoby trzeba przyrównać go do jakiegoś zwierzaka, to właśnie najbardziej przypominał wikunię, niestety ta ksywa była już zajęta, więc najbardziej podobne do wikunii jest - GUANAKO!!!! - krzyknąłem pokazując na niego. Peruwiańcom to się spodobało, bo zaczęli się śmiać i od tego momentu mówili na niego guanako, chyba moja ksywa przyjęła się. Na koniec na szczęście nie wszyscy, ale większość z nich zapisała mi swoje emaile cobym im podesłał zdjęcia, ciekaw jestem, ile zostało źle zapisanych i ile z tych maili nie dojdzie.... |
peruwianska stonka (ostatnia partia) opuszcza nasz statek |
albatros bez polskiej nazwy czyli Campbell Albatross Thalassarche impavida |
albatros siwogłowy |
Przez te 3 dni musiałem mieszkać u Wasi. Koleś jest spoko, ale tylko wlazłem do kajuty, to uderzył mnie ten zapach. Nie, nie żeby moja kajuta nie śmierdziała, bo pewnie jakiś tam smrodek ma, do którego się zdążyłem przyzwyczaić. Ciuchy przechodzą zapachem ryby, poza tym jak się ćwiczy codziennie godzinę, to dochodzi pot, do tego ta powódź parę tygodni temu, no i brak okna, które można otworzyć i lokalny fetorek zmienić na oceaniczne odświeżenie. Za to tu pachniało grejfrutami, Wasia trochę ich nachomikował, a że jest ciepło, zaczęły trochę się psuć, więc je wyrzucił do śmietnika, ale raczej mimo wydzielających się zapachów nie zamierzał śmietnika opróżnić. Gdyby nie fakt że nasz statek jest jałowy, jeśli chodzi o owady (odkąd tu jestem, nie widziałem ani jednego) to pewnie by już dawno jego śmietnik zamienił się w główne tereny lęgowe muszek owocowych na statku. Ten fetorek pierwotnie mnie wkurzał, ale po pewnym czasie zaczął podobać mi się. Kurde to pachnie jak wino!!!!! Siedzę na kanapie i moje nozdrza koją się zapachem otwartej butelki wina obok. Aż ma się ochotę wziąć ze śmietnika tego grejfruta i wyssać z niego cały etanol. Ale pewnie w smaku by nie był taki fajny jak wino. Jak wrócę, to będę musiał zrobić mały remanent w mojej piwnicy i nastawić nowe winko. Mam nadzieję, że żaden kataklizm nie przewalił się przez skład mojego wina i jak wrócę, na noc kupały coś zostanie :).
|
centrum dowodzenia całym naszym monstrum, teraz pierwszy wybiera trał |
centrum dowodzenia przetwornią, jak glosi napis na portkach ich właściciel to Żenia |
to nie prawda że albatrosy wykluwają się na oceanicznych wyspach, one rodzą się w wielkim błękicie |
burzyk białobrody |
| Na pokładzie przy trale pracuje Roma, fajny gość. Jest Rosjaninem, z Kaliningradu. Miał teraz wracać do domu, ale niestety musi zostać. A szkoda, bo zapraszałem go na Grunwald. Gość interesuje się historią, i trzeba powiedzieć, że się trochę orientuje, nawet w polskiej historii. Zna polskie rody magnackie. Wie, kto to Bajda i jego wnuk Jeremi Wiśniowiecki.
Roma to spoko kolo, mimo że na ramieniu ma wydziarany jakiś okręt wojenny i gwiazdę sowiecką, zresztą gwiazdę ma też na hełmie, a na piersi wisi krzyżyk prawosławny. Czyli Roma to Rosja w miniaturze, ale robi wrażenie bardziej światłego od przeciętnego Rosjanina. Miłym akcentem było jak mówił, że żal mu na koniec było naszego Papieża, zwłaszcza jak tak mocno było widać jego chorobę i stwierdził że był niesamowitym człowiekiem, nietypowe stwierdzenie jak na Rosjanina. Zaczął użalać się na swoją historię, że tą całą rewolucję to zrobił Lenin, pół-Tatar pół-ktoś tam inny, za pieniądze niemieckie. Przyboczna gwardia to byli strzelcy łotewscy. A w jego komitecie był chyba tylko jeden Rosjanin. Jego następca Stalin to Gruzin i teraz cały świat wini Rosjan za bajzel i zbrodnie Sajuza. Ja tylko dodałem, że no fakt, przecież też tam był polski szlachcic Dzierżyński co ubił więcej Rusków niż Piłsudski. Kurde fakt historia jest pokręcona. Zapytałem, czy zamierzają Kaliningrad Niemcom dawać. To on zacytował carycę Katarzynę, notabene Niemkę, która powiedziała, że ziemi nie wolno oddawać! Kurde Roma musi przyjechać do Olsztyna, trzeba będzie trochę go poindoktrynować prawdziwą historią :). |
robota na statku to ciągłe naprawy |
wielorybie jaja zaraz trafia do wody |
nurkowanie ulubiony sport czarnobrewych |
| Wracając do spraw przyrodniczych. Po przeładunku przetwórnia trochę popracowała i zaraz potem zaczęliśmy brać paliwo. Paliwo się bierze przez parę godzin, płynąc w tym czasie wolno. Wiec znowu doszedłem do wniosku, że będzie można porobić fajne zdjęcia. Nazbierałem w przetwórni trochę ryb i na rufę. Ale to nie było jak przedtem, niby tak samo, albatrosów masa lata i pływa dokoła, pogoda też podobna, ale jednak. Albatrosy se już trochę podjadły i nie wykazywały takiego ducha walki jak jeszcze 2 dni wcześniej. Wcześniej dobrze było rzucać duże ryby bo o nie trwała długa i zacięta walka. Teraz jak rzucałem dużą rybę, to szybciej uciekały niż na nią rzucały się. Najedzony albatros woli mniejszy kęs, który można szybciej połknąć, nie narażając się na walkę z konkurentami. To już nie to samo, ale udało mi się za to zrobić kilka fajnych fot podczas nurkowania. Zresztą na koniec, żeby było lepiej się połapać w gatunkach, załączyłem na koniec poczet gatunków albatrosów (tak jakby dla kogoś zdjęć albatrosów w moich mailach brakowało:)
Po wzięciu paliwa okrążyła nas flota chilijskich okrężnic. To mniejsze statki, od 35 do 70 m, nie ciągną jak my siatki za sobą, tylko po namierzeniu ławicy otaczają ją siecią którą ściągają i ściągają, aż się znacznie w niej zagęszczą ryby, a potem je wpompowują do zbiorników na statku. Pierwszy uważa, że oni potrafią być bardziej skuteczni, bo jak my wpływamy w ławicę, to możemy wyłowić z niej np. 100 ton, oni z tej samej ławicy mogą zagarnąć 200 ton. Ale z drugiej strony my musimy być chyba też skuteczni, bo trałujemy, a nie łowimy okrężnicami, a armatorowi się to opłaca. |
właśnie podłączamy sie do tankiera |
w koncu trochę leprze zdjęcie fulmara południowego |
![]() |
czasem słońce, czasem deszcz |
| Zacząłem się śmiać z bandery jaką mamy, jest dosyć mocno postrzępiona, więc mogliby ją już wymienić. Na co pierwszy, że banderę wymienia się wtedy, jak jakieś 5-10 cm jej jest na kiju. Tego problemu nie ma Martje Theadora, tam bandera jest na kawałku blachy, więc co najwyżej może pordzewieć. Zresztą metalowa blacha do niemieckiej flagi jakoś pasuje. Pierwszy zaczął śmiać się, bo pierwotnie była to holenderska bandera i jak ją przemalowywali, wpadł na pomysł, żeby pomalować ją na czerwono z białym kółkiem w środku i swastyką, jego żartu jakoś nikt nie zrozumiał. Pierwszy zresztą marudził, że przed wyjazdem postawił przed domem maszt na flagę, wylał pod niego sporo betonu, a tydzień temu przyszła wichura i się przechylił. Zacząłem się z niego śmiać, że oni jak w USiA mają przed domem maszty z flagami, a on na to że flagę wiesza tylko na święta. W sumie u nas też wiesza się, ale w oknie lub na balkonie. To ja do niego:
- a to w święta wieszacie holenderską flagę, a jak macie gościa to flagę kraju gościa?? - Tak Tomas jak przyjedziesz do mnie wywieszę polską flagę. Ciekaw jestem, czy to były zaawuolowane (kurde co za trudne słowo, mało co se języka nie połamałem, a zapisałem pewnie i tak źle) zaprosiny? Pierwszy znowu coś zaczął pobąkiwać o braku miejsca dla mnie na Pearl Streamie. Coś zaczął mówić, że wiesz nie masz żony, nie masz dzieci, jesteś na samym szczycie listy osób do skreślenia z listy na transport do domu. -dziękują ci mój B Y Ł Y najlepszy przyjacielu!!!!! - taką uzyskał odpowiedź. Ale wkurzył mnie na dwa dni przed przewidywaną zmianą. -Tomek na pewno nie chcesz zostać? - znowu ten sam tekst. - nie, nie mogę - odpowiedziałem jak zwykle. - to idź tam na dół, czeka tam na ciebie Jarosław i jeszcze jeden, oni chcą z tobą gadać, bo powiedziałem im, że jak cię namówią, to jeden z nich wróci teraz do domu, Jarosław to ten największy facet, pracujący na dole. No fakt, Jarek z Krymu to kawał chłopa, chyba młodszy ode mnie. Nie miał do mnie żadnych pretensji, tylko się użalał, że nas ze wschodu gorzej traktują, bo w sumie propozycji zostania tu dłużej nie dostał żaden Holender czy Irys, tylko ja. No i ze mnie próbuje zrobić strasznego człowieka, który nie chce biednemu Ukraińcowi dać wrócić do żony i dzieci. |
tak wygląda biuro tych co stawiają trał |
tuż przed zmianą statków, ostatni czaj |
Olej to zdrowie! Ta partia idzie na Margiris |
dobra i głowa |
| Całość sprawy związanej ze zmianą załogi do końca nie jest znana, są ludzie, którzy są podtrzymywani do ostatniej chwili w nadziei, że może teraz wrócą, a może później. Całą tą sytuację nakomplikował jeden fakt, a mianowicie Margiris. Miał pecha, wkręcili sobie w śrubę kawał trała, no i z tą zmianą ma przypłynąć 2 lub 3 chilijskich nurków, co mają ten problem usunąć. Czyli na Pearl Streamie, na którym i tak już nie ma miejsca, za dużo liczba miejsc i tak się jeszcze bardziej skurczyła. Przez to nie przyleciał też mój zmiennik, do końca siedział na walizkach i nie było wiadomo, czy będzie dla niego miejsce na Peral Streamie czy też nie, kiedy się okazało, że będzie to już było za późno coby się na lotnisko dostać, nieźle, życie na walizkach. Teraz będą go próbowali jakoś przez Peru przetransportować na jakiejś bazie. Z tymi nurkami to w sumie jest tak, że mamy jednego na pokładzie, Jeden Irys jest nurkiem portowym, a tu jest spawaczem. Myślę, że spokojnie by sobie dał radę, ale potrzeba co najmniej 2 nurków, bo takie są zasady bezpieczeństwa, samemu pod wodę nie schodzimy. Więc w ten sposób armator musi zapłacić masę kasy dla chilijskich wodołazów, bardzo podoba mi się to słówko - ruskie wodołaz, chyba jest bardziej fajne niż polski nurek. Ale i tak chowa to się przy czeskim potapiec. Jak powiedziałem ruskojęzycznym, że wodołaz po czesku to potapiec to dla nich to też wydaje się to bardzo śmieszne, zresztą podobnie im jak i nam kojarzy się to z topielcem i nic dziwnego, że chyba u Czechów nurkowanie nie jest tak popularnym sportem, kiedy słówko określające tą czynność kojarzy się tak niebezpiecznie. Pochwaliłem się pierwszemu, że mam znajomego co jako nurek zbierał owoce morza w Norwegii i miał też jeździć na tuńczyki do Grecji. Z tego, co słyszałem, to tuńczyki łowi się okrężnicami i nie wiedziałem po co za bardzo tam nurek, skoro tu też się łowi okrężnicami i nurków raczej nie ma. Okazuje się, że jak przy połowie tuńczyków nie ma nurków, to nie sprzedasz ryby nigdzie, zwłaszcza do USA. Zadaniem nurka jest pływanie w siatce i uwalnianie z niej delfinów, bo pod presją konsumencką połowy muszą być przyjazne delfinom. Kurde musi to być super robota, pływasz se wśród olbrzymich tuńczyków, a poza tym wpadają tam też delfiny, żółwie i rekiny i wszytko, mimo że dzikie, to można dotknąć, pogłaskać, a część wytaszczyć z siatki, kurde to musi być super robota. W ogóle to tuńczyki to strasznie silne ryby, to taka baryłkowata torpeda złożona prawie w całości z mięśni. Ponoć czasem (jak ja tu jestem, to się jeszcze nie zdarzyło) wpadnie żywy tuńczyk do siatki. Pewnie tuż przed wyciągnięciem sieci zapuści się do środka za rybami, taka koncentracja ryb, jaka jest w sieci, jest bardzo kusząca. Podobnie jak jest wyciągnięty na pokład i jest w środku trała, a trał jest bardzo grubą i ciężką siecią, to podskakuje jak piłka. Budzi się w nim wtedy taka siła, że nikt nie podchodzi dopóki tuńczyk nie zdechnie z powodu braku tlenu.
Na sam koniec przez kilka dni z łowienia ryb wyszła totalna kicha. Wszyscy szukają, nikt nie łowi. Do tego mgła, gęsta mgła, momentami człowiekowi się wydaje, że wpłynęliśmy w jakiś trójkąt bermudzki i jesteśmy jakimś statkiem widmo (jakby nie patrzeć pasuje do nas Latający Holender), który niewiadomo kiedy (czy w przyszłości czy w przeszłości) i w jakim rejonie świata wypłynie. |
tuńczyk Thunnus alalunga |
pompowanie ryby do zbiorników |
czarnobrewy z ministerstwa glupich lotów |
| Podczas niełowienia oczywiście nie można pozwolić, żeby załoga sobie w tym czasie byczyła się. To źle wpływa na morale i o to głównie teraz chodzi. Jak marynarze nie mają nic do roboty, to im mogą jakieś głupstwa do łba przychodzić, więc trzeba im dać jakieś zajęcia. To nic, że ściany były myte 5 dni temu, można je umyć jeszcze raz, tak samo jak poręcze i mosiężne gałki, je też można jeszcze raz napastować. Myślę, że jakby w wyniku jakiejś niebywałej katastrofy ze statku zniknęły wszystkie środki czyszczące i farba, a miotły by się połamały, to pewnie by kazano marynarzom przelewać wodę z jednej burty na drugą, tak żeby poziom oceanu między burtami wyrównać. Zresztą w takie dni zasada jest prosta, to taka gra pozorów, naczalstwo udaje, że daje pracę, a pracownicy udają, że pracują, prawie jak u nas za komuny, dobrą robotę trzeba oszczędzać, żeby na długo jej starczyło. Więc widać grupki 3-4-osobowe przyczajone gdzieś w jakimś zaułku ze szmatą, płynem do mycia czy szczotką, grupki poddające się w pełni świadomie upływowi czasu, ale w gotowości mające jakiś gadziet, tak na wszelki wypadek, jak ktoś z wierchuszchi będzie przechodzić, to trzeba zasymulować pracę. Porządki udzieliły się każdemu. Nawet mechanika przyuważyłem, jak zaczął kursować ze sprzętem komputerowym, nosił stare dyski, napędy CD, stacje dysków i za burtę. Jak ja nienawidzę śmiecenia. Może on pomyślał o komputeryzowaniu dna oceanu? U nas komputeryzuje się szkoły, a tu faunę profundalu. Tak czy inaczej brak mi na to słów. Jak go zapytałem, jak niósł to żelastwo, co tam słychać, to on - a robimy porządki. Tylko dlaczego porządki na statku oznaczają bałagan i śmietnik na dnie?
Aaaa wcześniej nie pisałem, mamy szpiega na pokładzie. Jeden z chłopaków z Kłajpedy ma na nazwisko Litwinienko. Tylko nie ma na imię Aleksander, tak jak tan były agent FSB co zaczął kompromitować Putina i jego ludzi, przez co go otruto w Londynie, a Denis. Jak go zapytałem o koneksje rodzinne to zaczął się śmiać i powiedział, że to nie ta rodzina, ale u niego w kabinie napisali, że jest Aleksander Litwinienko. Z innych załogowych ciekawostek to to, że jest tu poza mną też jeden Polak. Polak, co za bardzo nie zna polskiego. Pochodzi z wileńskiej rodziny, ale mieszka w Kaliningradzie i żeby było zabawnie ma rodzinę w Olsztynie. To akurat nie dziwne, jak jego rodzina pochodzi z Wilna, a przecież z Wileńszczyzny w większości pochodzą współcześni mieszkańcy Olsztyna. Co ciekawe Koleś ma na nazwisko tak samo jak nasz były bardzo popularny premier, którego wbrew wszelkiej logice (albo właśnie w zgodzie z nią, z zgodnie z zasadą "w tym szaleństwie jest metoda"), został zastąpiony klonem prezydenta, a teraz jest osławionym bohaterem brukowej prasy. Chociaż też ciężko wyczaić za co się faceta czepiają w kraju, gdzie wszyscy trąbią, że jest za mało Polaków i najlepiej by tu zrobiono drugi Bangladesz tzn. slumsy od Helu po Giewont i 15 dzieci na jednego mieszkańca, czepiać się kolesia, który mimo swojego wieku postanowił się rozmnażać? Jakoś ciężko pojąć tą logikę. |
nie ma rybałki ale robota się znajdzie |
zdjęcie podczas wydawania kolacji coby pokazać jakie u nas bogactwo panuje, mesa jak na statek jest monstrualna |
misiu czyli młody wędrowny lub królewski |
| Ostatnie dni na statku to są pielgrzymki do mojej kabiny i prośby, nagraj płytę..... No i co mogę zrobić... zrobiłem selekcję ponad 1000 zdjęć z ludźmi i teraz po kolei wypalam każdemu płytki, nagrywarkę mam rozgrzaną do czerwoności..... No i przede wszystkim zakażam swoim trojanem wszystkie okoliczne komputery. Dałem też płytę pierwszemu, on ją zapakował jak jakąś substancje niebezpieczną, obkleił, szkoda że nie miał naklejek ze znaczkami biohazard lub że to jest radioaktywne i oświadczył, że prześle to firmowemu informatykowi do sprawdzenia. Tak czy inaczej jeśli na kompie rzeczywiście coś mam, to już to mają wszystkie statkowe laptopy i pewnie za jakiś czas zaczną mieć to komputery, najpierw w Holandii i Irlandii, potem na Ukrainie, w Rosji i Litwie a na końcu w Peru. Pandemia a właściwie komputemia będzie szalała po całym świecie niczym AIDS.
Tak na koniec trochę intensywnie zacząłem przeglądać zrobione fotki i okazało się, że na kilku jest albatros z blachą, niestety nie do odczytania. Szkoda że mu nie założyli plastiku, wtedy łatwiej byłoby odczytać. Przedostatnią nocą poszedłem sobie do messy. Znam podział narodowościowy jaki tam panuje. Dwa stoliki są celtogermańskie, z czego bliższy jest bardziej holenderski, dalszy bardziej Irlandzki. Wolę siadać przy Irysach bo jak Holendrzy gadają po flamandzku to nic nie czaję, a Irysy używają mniej lub bardziej zrozumiałej angielszczyzny, reszta stolików to są stoliki Peruwiańców i dwa duże ruskojęzyczne. Wtedy przedostatniego dnia jeden z Rosjan puścił w messie jakiegoś pornusa. Kurde mógłby se odpuścić, rozumiem że u niego w kajucie wideo nie działa, ale ciężko się gada, jak na cały glos słychać stękanie tej niedobrej pani co robi jakieś straszne rzeczy temu biednemu człowiekowi. Twój rozmówca co chwila tylko zerka co się tam za twoimi plecami dzieje. Wtedy siadłem sobie przy ruskim stoliki coby pogadać i napić się czaja z małakom. Przy naszym "ruskim" stoliku siedziało parę osób, wszyscy pracujący przy trale normalnie. Wszedł ich kumpel i chciał usiąść do stolika obok gdzie normalnie siedzą też ruskojęzyczni, a teraz stół był pusty. Na co Roma go zrugał, -gdzie siadasz? Do hahłackiego stolika? Usiądź jak człowiek z nami do Kalingradzców!!!! I teraz do mnie dotarło, że rzeczywiście wśród ruskojęzycznych jest podział na dwa stoliki kaliningradzki i hahładzki, czyli ukraiński. Przesiadka odbyła się według planu. Wodołazy wyrobiły się z robotą na czas, zrobili swoją robotę w 1,5h i było można ich z powrotem zabrać. Okazało się, że wzięli do tej roboty Peruwiańców nie Chilijców. Przesiadka miała być w niedzielę o świcie i tak była. Było trzeba się spieszyć, bo prognozy były takie, że ma być 3-4 h okienko w bardzo złej pogodzie, no i okienko było. To chyba tak jak z cyklonem jak się trafi w jego oko to tam jest spokojnie. To my właśnie chyba w takim mega, jeśli chodzi o wielkość a nie o siłę cyklonie znaleźliśmy się. Ale to że jest polepszenie pogody nie znaczy że pogoda jest dobra. Przesiadkę można zaliczyć do tych rozrywek, które normalnie są nazywane sporty ekstremalne, to była jakaś jedna wielka masakra. Albatrosy nad nami latały jak sępy które czekają aż wylecimy z pontonu i będzie można naszymi ścierwami się pożywić. Na koniec jak nasz ponton dźwigiem podnosili na Pearl Stream to tak szarpnęło, że mało co zębów sobie nie połamaliśmy. Ale udało się szczęśliwie dostać na tą bujającą krypę i pędzić ile fabryka dała do portu. Dzięki temu że przez ostatnie 4 dni nie łowiliśmy, bo nie było ryby, i szliśmy na spotkanie Pearl Streama to bardzo mało zostało nam do przepłynięcia, zaledwie dwa |
![]() |
po kilku dniach przestoju ale włączonych zamrażarkach przetwornia zmieniła się w lodową jaskinie |
robota w przetwórni, można by powiedzieć że czarna robota |
nie wiem dlaczego grecka firma rybacka nazywa się Thor, na szczęscie ten statek ma juz normalną jak na Grekow nazwę czyli Posejdon |
młody czarnobrewy |
| Na statku od razu spotkanie ze starymi znajomymi z Martje Theadory, można plot posłuchać oraz morskich opowieści. Chłopaki najbardziej jechali po swoim pierwszym oficerze - młodym Niemcu. Wkurzyli się na niego bo zostało 4h do przesiadki a ten wpadł na genialny pomysł żeby postawić trał, bo coś na sonarze zauważył. Chłopaki byli wkurzeni, kurde jak to zaraz przesiadka? A on spoko, z błyskiem w oku powiedział, tak tylko na godzinkę. No i nałowili....... 4 tony dużych kalmarów i 3 duże mieczniki. Kalmary oczywiście już w wersji martwej trafiły za burtę a mieczniki do jedzenia. Nawet ich kapitan przy mnie z kpiną w głosie się Żeni pytał jak to wyglądało te trałowanie w nocy. Widać pomysł pierwszego mu też wydał się kretyński. Ten pierwszy wcześniej był na innej zmianie z takim szurniętym kapitanem. Chyba największy psychol z kapitanów co tu pracują. Koleś jest klinicznym przypadkiem z ośrodka dla upośledzonych umysłowo i powinien być oddzielony od ludzi. Gość tylko biega po statku, macha rękami i krzyczy. No i Niemcowi udało się zmienić kapitana na tego co przypomina Szreka, ale bardzo spokojnego. Nawet go wypytałem na jakiej zmianie jest lepiej, oczywiście to było zaawaluowane pytanie w stylu z którym kapitanem pracuje się lepiej. Mój rozmówca stwierdził że na tej zmianie jest lepiej. Ja tylko dodałem, że pewnie bardziej spokojnie. O tak - odpowiedział z uśmiechem pierwszy.
Fanur ich bosman, niezły numer odwalił bo 9 maja poszedł na mostek i złożył mu życzenia z okazji dnia zwycięstwa. Pierwszy mu odburknął, że od 10 lat tego święta już nie obchodzą (on jak wszyscy Niemcy tutaj to NRD-owiec i za komuny świętowali 9 maja, że Stalin ich uwolnił od narodowego socjalizmu i skierował na międzynarodowy socjalizm). Trzeba mieć fantazję żeby Niemcowi złożyć życzenia z okazji zdobycia Berlina przez armię czerwoną. Chociaż Żenia mi opowiadał lepszą historię. Był ostatnio na wakacjach w Turcji i tam mu jeden Turek opowiadał jaki parę lat temu był w ich hotelu skandal. To były czasy kiedy do Turcji przyjeżdżała masa Niemców (teraz Niemcy wolą jeździć dalej) a Rosjan jeszcze bardzo mało. Ale zdarzyło się, że było paru Rosjan i oni sobie z Niemcami raz popili. I po pijaku zaczęli topić Niemców w basenie, topili tak długo, dopóki tamci nie powiedzieli - Hitler kaput. Ech ci nasi ekscentryczni wschodni bracia.... A najfajniejsze to to, że oni z częścią naszej ekipy znają się, bo oni wcześniej pracowali z nimi. Jak zobaczyli rybnego majstra, to było ooooo to jak ci się ze svinią pracowało. Kurde ale się uśmiałem, czemu ja wcześniej nie wpadłem żeby go tak nazwać? Fakt trochę chamskie jest obrażać te mądre zwierzęta ale svinia, pasuje do niego jak ulał. Zresztą lepiej przy nim tego nie mówić bo on wie, że wtedy mówi się o nim. Czyli svinia nie jest taka tępa na jaką wygląda skoro jest w stanie swoje imię zapamiętać. Wieczorem oczywiście zdrowa impreza, która ze zdrowiem nie miała wiele wspólnego. Okazało się że i na Pearl Streamie zaczyna się prohibicja a rasizm był tu już wcześniej. Bo piwa można brać tylko 6 puszek a większą ilość lub butelką czegoś mocniejszego, tylko za zgodą swojego kapitana. Ukraińcom piwa w ogóle nie dawali, im się nie wiadomo czemu nie należy. Rozumiem żeby te piwo było za darmo, ale żeby nie chcieć im sprzedać tylko dlatego że ma się hahłacki paszport? Fanur chciał poza piwem kupić flaszkę łyski, to mu kapitan nie pozwolił. W sumie ja i Fanur jesteśmy mu za to bardzo wdzięczni, dzięki temu troszkę łatwiej było przeżyć dzień następny. Każdy miał po 6 puszek piwa (ale w małych puszkach takich jak u nas sprzedaje się kokakolę) Fanur miał jeszcze z domu butelkę percówki Nemirowa, a Żenia skądś wytrzasnął pół butelki łyski. No i zaczęły się tosty, za wstreci, za tatarsko-słowiańską drużbę. Potem przyszło jeszcze parę Rosjan, było wesoło. Fanur opowiadał jak służył w armii, ma bardzo miłe wspomnienie z Polkami. Bo służył w Szczecinku. Kiedyś Tatarzy brali Polki siłą ale przez paręset lat trochę się zmieniło i już biorą normalnie, z miłości. Opowiadał że raz pojechali na dyskotek i mało co swojego kamaza nie sprzedali po pijaku. Fanur służył jak był stan wojenny, to mówił że się wtedy stosunki z Polakami nieźle się popsuły, ciekawe dlaczego? Były wypadki że rzucali w nich koktajlami Mołotowa. Co ciekawe ich jednostka to były wojska rakietowe. Ech te pomorze zachodnie, zawsze ma problemy z rakietami okupanta. Najpierw w tym regionie Niemcy robili testy z nF1, F2, potem sowieci siedzieli ze swoimi rakietami a teraz nasze buraki budują dla Amerykańców tarczą. No ale wieczór był wesoły, nawet Rosjanie się śmieli z mojego politycznego kawału, który leci tak: Pod koniec zimnej wojny Gorbaczow z Reaganem, zamrozili się i kazali odmrozić się po 100 latach. Wedle życzenia po 100 latach ich odmrozili i dali im gazety coby zorientowali się w sytuacji na świecie. Najpierw zaczął śmiać się Gorbaczow. Co się stało? - pyta Reagan. W odpowiedzi słyszy, że piszą, że USA właśnie przeszły na komunizm. Regan się wkurzył ale zabiera się za swoja gazetą i nagle zaczyna się i on śmiać i mówi do Gorbaczowa- tu jest napisane że wczoraj były zamieszki na granicy polsko - chińskiej. Tak czy inaczej było wesoło na drugi dzień rano dopadła mnie choroba morska, miała specyficzny objaw tzn. ostry ból głowy, jedzeniowstręt no i jakiś taki wysuszający wiatr wiał że było trzeba pić dużo płynów. Zresztą rano jeszcze przed 6 miałem pobudkę. Wtoczył się jeden z najfajniejszych Irysów - Majkel, nasz bosman. Wybełkotał że chce żebym mu nagrał zdjęcia które mu wcześniej obiecałem. Wypaliłem mu płytę. Kiedy ja na następny dzień leczyłem się ze swojej "choroby morskiej" Majkel raczył się na zmianę, to piwem to bakardi z kolą. Przychodzi i molestuje mnie żebym mu pokazał jakieś zdjęcia Ukrainek, Polek, w ogóle jakiś dziewczyn z krajów których byłem. Za to on jak się okazuje jest fanem Tajek. W Tajlandii już był i może pojedzie tam w przeciągu najbliższego miesiąca. Pijany Irys był bardzo natarczywy więc w końcu musiałem mu coś pokazać. Nie wątpliwie hiciorem okazały się zdjęcia z karnawału w Rio Bolka Uryna. Puściłem do tego muzykę Penjabi MC, stwierdził, że jakiś fuc.... paki nie chce słuchać. To puściłem mu coś po Irlandzki. A on - oooo Clannad, to są moi sąsiedzi!!!! Kurde ale ten świat jest mały, zresztą Clannad to jedna z moich ulubionych kapel. Pochwaliłem się że u nas w Olsztynie też jest bardzo dobry zespół celtycki - Shannon. Chociaż w jego stanie ciężko było gadać na temat muzyki, zresztą na inne tematy też nie szło łatwo. Majkel podczas lotu może mieć niezłe problemy o 2 dniach pernametnego zapoju. Dziwie się że na drugi wieczór kapitan mu sprzedał jeszcze 2 zgrzewki piwa, ale łyski już odmówił. Nie chce przy nim siedzieć w samolocie. |
po dwóch miesiącach przymusowej abstynencji, masakra. Trza wypić za slowiansko-tatarska drużbę |
biegnę, lecę, płynę, nie ważne, tylko coby szybciej do domu |
albatros białoczelny |
albatros czarnobrewy |
| Na koniec jeszcze inni do mnie przychodzą żeby im zdjęcia przegrywać. Od Peruwiańców dla żartu żądałem 20 soli (to wychodzi około 20 zł). Ale teraz jak do mnie przychodzą Ukraińcy to podwyższam stawkę do 150 hahołbaksów (hrywien ukraińskich)
Kucharz na Pearl Streamie okazał się Indonezyjczykiem a nie Indusem jak zrozumiałem ostatnio. Kurde wtedy tak niewyraźnie powiedziała że wyraźnie zrozumiałem India a nie Indonezja. Zresztą jego cechy antropologiczne wydawały się trochę dziwne jak na Indusa. No i fakt że z filipińskimi pomocnikami gada w jakimś wspólnym języku. Zresztą zna filipiński bo urodził się na Filipinach. O dziwo już dzień przed dobiciem do portu kupili nam bilety. Niestety lecimy Iberią. Mój ulubiony Aifrance, chyba ma jakieś problemy. Jak jak nie cierpię Iberii. Iberia i SAS to są linie które łączą w sobie tanie linie z normalnymi. Czyli cena jak za normalne linie, standard usług jak w tanich. To tak jak by skrzyżować Ferrari z maluchem. Cena będzie bliższa do ferrari ale osiągi bliższe tego drugiego. No i do tego Iberia lata Airbusami (to właśnie Airbus się rozbił) a Airfrance najczęściej lata Boeingami, niby powinienem być patriotą europejskim i mimo że odnoszę się z rezerwą na USA to trzeba uczciwie przyznać, że samoloty robią dobre i wygodne. Mi to kupili dobry bilet, do Warszawy, ale ci z Kłajpedy to mają lot do Rygi. Okazało się że w wyniku kryzysu zamknęli lotnisko w Wilnie. Kurde niezła masakra musi być na Litwie jak zamykają lotnisko w stolicy. Ale i tak ci z Kłajpedy nie mają źle bo jakiś czas temu w biurze się coś komuś pokiełbasiło i kupili im bilet zamiast do Wilna to do Kijowa. Dla Holendrów widocznie Kłajpeda i Kijów to tak jak Amsterdam i Rotterdam, nie ważne że tam jest grubo ponad 1000 km. Dobra czas kończyć, jak się można domyśleć to ostatnie wieści z Pacyfiku z tej podróży. Witaj Polsko, twój syn już leci!!! Tomasz ibn Jaqb |