Poniżej zamieszczamy relacje Tomka Raczyńskiego z jego aktualnego pobytu na wodach opływających Ameryki.
|
| Sława!!!
Kolejny cotygodniowy, obowiązkowy informator pacyficzny, czyli co się ostatnio wydarzyło na falach Oceanu Wielkiego. Na początku dodam, że spełniając prośbę niektórych elementów odbierających tego maila nie ma w nim tak monoornitologicznych elementów ilustrujących jego treść. Okazało się, że nasz wypadkowy pechowiec, który pewnie już jest poskładany do końca w jakimś szpitalu w Chile, to nie tylko złamał nogę, ale i rękę i to właśnie ją mu nastawił polski lekarz, podobno z kością udową to nie taka prosta sprawa i trzeba to zawsze robić w normalnym szpitalu. Na pokładzie, tam gdzie się wydaje i wybiera trały, pracuje zawsze bosman i jego 3-osobowa ekipa. Więc musieli szybko znaleźć zastępstwo i wzięli jakiegoś Rosjanina (a właściwie ruskojęzycznego, bo znając życie okaże się, że gość jest Ukraińcem lub jakąś bałtosłowiańską mieszanką) z przetwórni. W sumie gość powinien się cieszyć, bo to jakby nie patrzeć jakiś awans. Na pałbie (po rus. - pokładzie) zarabia się lepiej niż w przetwórni. Praca jedna z trudniejszych i chyba najbardziej ryzykowna i odpowiedzialna, ale i jedna z lepiej płatnych na statku. Aczkolwiek myślę, że by mogli lepiej płacić, bo akurat na tym statku nie ma dodatku za rybę, a dostają około 70 euro dniówki, więc jak na ilość godzin przepracowanych, czyli dziennie 12 h piątek, świątek i niedziela oraz wszystkie niedogodności związane z byciem poza domem, no fakt, są i plusy dodatnie i plusy bardziej ujemne. Plusem dodatnim na pewno jest to, że nie wydają na jedzenie i mieszkanie. Peruwiańcy pracujący w przetwórni mają w ogóle cieniznę, bo oni dostają 30 dolców za dzień, czyli ze 3 razy mniej niż Rosjanie z pokładu. Nie wiem, ile dostają Rosjanie z przetwórni, na pewno więcej niż Peruwiańcy wykonujący tą samą pracę. Generalnie panuje tu spora dyskryminacja narodowościowo płacowa, ale z drugiej strony jakby jej nie było to armatorowi nie opłacałoby się brać Peruwiańców, którzy i tak lepiej pewnie zarabiają niż Chińczycy czy Birmańczycy na innych statkach. |
![]() |
element słowiańsko-latynoski dominuje na naszej jednostce |
![]() |
selekcja |
![]() |
przygotowanie trału do następnego łowienia |
Wracając do pokładu to myślę, że tu jest ryzyko znacznie większe, bo nie ma na rufie żadnej burty, a przy wybieraniu trała często trzeba stać na samej krawędzi, często śliskiej od oleju, jak kończy się pokład, a zaczyna często rozwścieczony ocean. Stoi się w takich wrotach piekieł. Oczywiście w ludzkim wyobrażeniu, bo masa najróżniejszych zwierzątek ma w tej kipieli swoje optymalne warunki do życia, choćby nasz ostrobok. Niewątpliwie dla niego są to też wrota piekieł, bo on jak ma pecha, to dostaje się przez nie (a najczęściej rura obok) do nas na statek, gdzie właśnie na nim panują dla niego ekstremalnie ciężkie warunki i dokonuje żywota w agonalnych drgawkach bardzo szybko. Zresztą dla ostroboka pojęcie piekła i nieba nie istnieje, tylko po prostu w miarę szybko odchodzi w niebyt. Żal mi tych ryb, które właśnie w agonii otwierają pyski, próbują się jeszcze miotać lub dostają drgawek płetw piersiowych. Pewnie za jakiś czas, jakaś komisja etyczna dojdzie do wniosku, że tak nie można i będzie trzeba zainstalować w zbiornikach system nasycania wody CO2, coby ryby błyskawicznie zdychały (w taki sposób w Norwegii prowadzi się ubój łososi na fermach). Zobaczymy, dla mnie to byłaby już trochę lekka przesada, zresztą, mimo że ich mi żal to gdyby ostroboki żywiły się ludźmi, toby akurat raczej żadnych przejawów humanitaryzmu, a właściwe ostrobokonizmu nie przejawiały. Ale wracając do naszej ekipy, oni też nie mają równej pensji, niektórzy z nich mają jakieś papiery, certyfikaty czy coś takiego, co zaświadcza o przeszkoleniu w szyciu siatek i oni mają najwyższą z nich pensję (właśnie te 70 eurasów). Jednego z kolesi zapytałem, jak on reperuje tą siatkę, ja tego do końca nie pojmuję, dla mnie to jest czarna magia jak w tej plątaninie kilometrów różnych linek mogą się połapać? Eeeeee, to nie trudne, jak robisz w tym 15 lat, zresztą tutaj to jest luz, bo każda linka ma inny kolor na ruskich statkach, to jest jazda tam, każda jest taka sama, jak się nauczysz orientować w ruskim trale, to tutaj to już jest luzik. Pewnie chłop ma rację. Braki w przetwórni też musiały być uzupełnione, z pomocą przyszły posiłki, a skąd się bierze posiłki?? Jak to skąd - kuchni!! W kuchni jest kucharz Holender, ma do pomocy pomocnika (też z kucharskim wykształceniem) Ukraińca i takiego pomocnika tylko do sprzątania i zmywania Peruwiańca. No i tego Inka posłali na zastępstwo. Koleś, co poszedł na pokład, to chłop jak dąb (i pewnie ma jaja jak żołędzie), a Peruwianiec, hmmmm. Latynosi nie są zbyt wysocy, średniej wielkości Europejczyk (taki jak ja) czuje się wśród nich jak Guliwer. A ten jest chyba o głowę niższy od innych Peruwiańczyków. Gościu się nieźle natrudził, żeby się w sztormiaku nie utopić, a dostał najmniejszy z najmniejszych. Pracuje na linii, gdzie się selekcjonuje ryby, ona jest dosyć nisko umieszczona, ale dla niego specjalnie musieli dostawić tam paletę, żeby do niej dosięgał. Rok temu na Maartje Theadorze też był jeden Peruwianiec takiego wzrostu, tylko młodszy i przypakowany. Ruscy go nazywali dosyć słodko piździonek. Bo na stojąco głową dosięgał do....... zresztą sami się domyślcie. Myślę, że jakby tą dwójkę wywieźć do Indonezji, to mogliby robić za niedawno odkryte dobrze odżywione Hobbity z wyspy Flores. |
![]() |
wyciąganie sieci |
![]() |
baza czyli pływająca zamrażarka |
![]() |
nasz stateczek |
![]() |
polączeni z bazą |
Ale już wszytko wróciło do normy, mały wrócił do kuchni, ten duży wrócił do przetwórni, bo dowieźli nam wykwalifikowanego gościa od pokładu, specjalnie "zdziełano w CCCP". Zresztą pamiętam go sprzed roku. Z ciekawszych rzeczy to statek nam się sypie, to znaczy posypał się jeden z dwóch silników. Czyli mamy 50% mocy i nie jest to bezpieczne, bo jak siądzie ten drugi, to zaraz będziemy statkiem widmo, zdanym na łaskę prądów morskich i wiatru. Podobno rzecz nie jest jakaś skomplikowana, ale nie ma części na wymianę i tą część trza ściągać z Europy, pewnie przyjdzie wraz z naszą zmianą, czyli za jakiś miesiąc. Nic, może przez miesiąc silnik się nie posypie?? Zaczęliśmy rozładunek ryby, co prawda krótko, tylko 3 dni, nie zdążyliśmy cali się rozładować, zabrakło jakieś 20 h, przyszła zła pogoda i kicha. Ale na początku podpłynął do nas statek baza, czyli po angielsku riffer (nie mam pojęcia jak się pisze, więc piszę fonetycznie) o dźwięcznej nazwie Fuji Bay. Cały wyładowany mały peruwiańskimi ludzikami. Machają, krzyczą, gwiżdżą, chcą, coby im zdjęcia robić, część mnie wyraźnie poznaje, w drugą stronę trochę gorzej. Ja poznałem jednego, tego, co rok temu miał wypadek i mu na twarz spadł blok ryby (z wysokości 2 pięter pudełko zamrożonej na kamień ryby o wadze ok. 24 kg) i miał spuchnięte oko, podejrzenie pęknięcia żuchwy, no i ponad 30 szwów na twarzy. W nocy z odległości ciężko było dostrzec, czy wygląda dosyć normalnie, czy raczej jak terminator. Ale tak czy inaczej Baza i nasza Ilena połączyły się niemalże w miłosnym uścisku i przez 3 dni razem jak para kochanków płynęły wolniutko, przed siebie, w dal nieprzebytego oceanu. Ten nieomal na pograniczu pornografii akt, na szczęście był jak najbardziej bezpieczny. Żyjemy w XXI wieku i trza się zabezpieczać i oczywiście używaliśmy gum. Romantyzm romantyzmem, ale żeby było naprawdę bezpiecznie, to mieliśmy je aż 3. Mega duże czarne oddzielają nasze kadłuby, coby się nie poobijały podczas złączenia. Nasza Ilena otworzyła swoje trzewia, coby przekazać zawartość na Fuji. Ale zanim to nastąpiło, najpierw z Fuji do nas przeniesiono parę beczek oleju, ale nie do picia (mimo hasła reklamowego "olej to zdrowie"), tylko takiego z żółtą muszelką na beczce i napisem po murzyńsku muszla. Akurat, co, jak co, ale myślałem, że oleju to nam tu nie brakuje, czasami jest tak ślisko, że wręcz ciężko przejść przez kawałek pokładu, żeby się nie wywrócić. Nooo i dali też trochę świeżych warzyw i owoców. Hurrra!!!!!!! W końcu!!!!!!!! Niestety radość nie trwała długo. Bo w sumie dotarły tylko jabłka i cytrusy, a pomidory hmmm.... A pomidory niestety zamieniły się w bezużyteczną dla ludzi biomasę i zamiast uzupełniać niedobór elektrolitów i witamin w naszych ciałach, zostały podarowane oceanowi, niewątpliwie przysparzając radości niewybrednym destruentom morskim. Na Fuji chcieli przestawić na drugą stronę statku kontener, który trochę przeszkadzał, ale go tak postawili, że mało nie wylądował też za burtą, skończyło się na pogiętej barierce. Po 2 dniach kogoś musiała ta pogięta barierka drażnić i ze złości przywalił w nią czymś drugi raz, tym razem skutecznie, bo zamiast barierki były przywiązane jakieś sznurki. Jeszcze przed przeładunkiem Pierwszy mnie zapytał, czy może chcę liczyć kartony wychodzące z ładowni. Hmmmm, aż mną zatrzęsło, bo o to właśnie miałem rok temu zgrzyt z kapitanem. Wtedy było tak, że po prostu kapitan zakomunikował, że mnie na listę wpisał i mam robotę, ja wziąłem to za żart. Ale okazało się, że nie żartował. Teraz Pierwszy sobie zażartował, bo oczywiście takie rzeczy o niedobrym obserwatorze, co się stawia, rozchodzą się po statkach szybko. Ale przyznał mi rację, że kapitan tamten nie miał prawa tego robić i wydaje mu się to dziwne. Za to rybmajster przed rozładunkiem też chyba dla żartu, ale z jego tępego wyrazu twarzy ciężko to wywnioskować, zapytał, czy jeżdżę wózkiem widłowym. Owszem, jakieś kursy na wózek kiedyś robiłem, ale to było bardzo dawno temu, teraz bym się nie odważył, zwłaszcza na statku, gdzie grawitacja płata psikusy. Odpowiedź była krótka - nie!!! Potem za każdym razem jak go widziałem podczas przeładunku, a wtedy był ubrany w jakiś super ciepły waciany kombinezon i ze świńskim oczkami i miną męczennika coś bąkał, że muszę iść do wózka widłowego, bo to nie statek pasażerski. Hmmm ledwo się powstrzymałem, żeby mu nie powiedzieć, że gdyby nie chodził na wagary i skończył jakąś porządną szkołę, nie mówiąc o studiach, to może by nie musiał teraz zachrzaniać w zamrażarce przy ponad minus 20 C. I w sumie już mi się nie chciało mu tłumaczyć, że do obowiązków obserwatora nie należy jeżdżenie wózkiem widłowym. Bo każdy na statku ma swoje zadanie do spełnienia, i tak np. zadaniem kucharza jest smacznie gotować, a z kolei moim zadaniem jest to ze smakiem zjadać. Nie ukrywam, że każdy z nas swoje obowiązki traktuje z należytą powagą, nie miga się od nich i stara się z nich wywiązywać najlepiej jak umie. Muszę przyznać, że w związku z tym jem, dlatego dużo, dokładnie i ze smakiem. Ponadto jak sama nazwa wskazuje jestem obserwatorem, więc obserwuję wszystko dokładnie, potem to digitalizuję, i to, co nie jest zbyt nudne (to mi akurat nie zawsze wychodzi, bo jestem gaduła) lub nie jest objęte klauzulą tajności, wysyłam Wam. |
![]() |
trochę nie trafili, po dwóch dniach tej barierki juz nie było - takie rzeczy maja tu któtki żywot |
![]() |
Maartje Theadora |
![]() |
Margiris w nowym kolorze |
|||
Gadałem z Irysem, co podczas wyładunku obsługuje dźwig. Mówi, że zawsze boi się w tej robocie, bo trzeba mieć oczy dookoła głowy przez to bujanie. Ciężka paleta wtedy zamienia się w wahadło, którego ruch nie zawsze da się przewidzieć, a od tego może zależeć czyjeś życie. Zapytałem go, czy robił jakieś kursy z obsługi dźwigów w warunkach morskich, a on na to, że takich nie ma, ale przyznał mi rację, że powinny być takowe, a jakby były robione na lądzie, to ten, co ten kurs przechodzi, to powinien być po 3-4 piwach tudzież jakiś innych środkach psychotropowych, dzięki temu niskim kosztem stworzy się warunki morskie na lądzie. Wyładunek skończył się trochę wcześniej niż powinien. Mieliśmy jeszcze wyładowywać się ze 20 h, ale pogoda zaczęła psuć się, więc było trza to przerwać. Zaczyna robić się ciekawie, gdy morska bryza z fal wchodzi na pokład i okrywa swym całunem wózki widłowe, co jeżdżą z paletami. Teraz jak to piszę, 3 dni po skończonym wyładunku, to stan morza jest 8, a pewnie wzrośnie do 10, a my ciągle łowimy, super!!!! Ale tak poza tym, co oznacza 9 - 10?? To znaczy, że wszystkie rzeczy delikatne trzeba położyć na górnej koi, raczej z niej nie spadną. Rzeczy mniej odporne na wilgoć zabrać z podłogi, bo istnieje ryzyko, że znowu je zaleje woda z prysznica, mimo że po ostatnim potopie jak tak buja, to metalową płytkę wysmarowaną zaschniętym sylikonem używam, jako korek do odpływu. Kolejny aspekt to trudności w zdobywaniu posiłku. Dosłownie po nałożeniu sobie porcji na talerzu i postawieniu na stole zaczyna się polowanie na kotlet, surówkę, itd... w najlepszym wypadku polowanie jest ograniczone do talerza, ale czasem obejmuje znacznie większy obszar. No i człowiek już nie zwraca uwagi na duperele, które pospadały z szafek czy stołu, jak będę przechodził obok i będzie mi się chciało schylić, to podniosę, jak nie, to poczekam aż się uspokoi. Innym efektem takiego stanu morza jest to, że po robieniu zdjęć na pokładzie, jak się poliże aparat, (spokojnie, to dopiero, co odkryte zboczenie i ani psychiatrzy ani seksuolodzy jeszcze go nie nazwali, ale w najbliższym numerze "Psychiatria Kliniczna" będzie na pewno jakaś nazwa zaproponowana), to jest słony. Chyba to nie jest najlepiej, mimo że jest oklejony taśmą i taśma jest słona, ale chyba zawsze może coś przeniknąć w głąb, a elektronika nie znosi słonej wody. Skończył się przeładunek i zaczął się Park Jurajski. To jest ciekawe uczucie, jak se siądę w kajucie i słyszę takie łup, łup, łup........ a właściwie w większych odstępach czasu łup.................................., łup........................, łup..................... tak jakby gdzieś tu po okolicy łaził jakiś tyronozaurus lub diplodok, tudzież jakiś inny straszny jaszczur (dinozaur w tłumaczeniu na polski to właśnie straszny jaszczur). Ale po pierwsze dinozaurów już nie ma, po drugie z tego, co pamiętam, to one za bardzo oceanów nie opanowały, a jeśli tak, to były raczej w mniejszości w porównaniu do innych morskich gadów takich jak ichtiozaury, czy też kotylozaury. A po trzeci tupać to można na lądzie, a nie na oceanie. Powód "łup" jest bardziej prozaiczny pode mną jest przetwórnia i jak bloki z rybą już zamarzną, to rzuca się je na taśmę i uderzenie 24 kg bloku ryby daje taki dźwięk. Na szczęście mam twardy sen i tak szczerze mało mi to przeszkadza. Zresztą jak ktoś ma wrażliwe uszy, to, co, jak co, ale statek to jest ostatnie miejsce, gdzie powinien przebywać. Tu ciągle jest hałas. Najgorzej w maszynowni, standardem jest, że mechanicy są prawie głusi. Widziałem raz mechanika statkowego na badaniach okresowych do książeczki żeglarskiej, laryngologa ledwo przeszedł.
Innym problemem, i to który się ujawnił na samym początku, to przeciekające kalosze, które wziąłem z domu. Oczywiście problem się ujawnił pierwszego dnia na statku. Przecieka tylko jeden, ale to niezbyt miłe uczucie jak masz mokrą skarpetkę. Mam dwa patenty, jeden to klej silikonowy, co czasami trzeba uzupełniać, bo dziura się odnawia, a drugi to założyć dwie pary skarpetek, na to woreczek foliowy, a na to następna para skarpetek. Niby wtedy noga tak nie oddycha, ale tak czy inaczej, czy noga oddycha w gumiaku? Rozwiązaniem byłoby poproszenie o kalosze, których mają tu sporo. Hmmmm za pierwszym razem, jak tu przyjechałem, to nie wziąłem ze sobą ani kaloszy ani sztormiaka. Byłem rok wcześniej na polskim statku i wszytko dostałem, ładne, nowiuśkie. To pomyślałem, że na statku pływającym pod banderą bogatej Holandii będzie podobnie. Ale nie przewidziałem jednego, że to holenderski statek. Mówi się, że jak Holender zaczął robić interesy, to Żyd zapłakał, i dużo w tym jest prawdy!!! Dostałem używane gumiaki, hmmmm mam sporą awersję do szmateksów, a chodzenie w butach po kimś to już dla mnie masakra. Tym bardziej, że czasem jak popatrzę na stopy i paznokcie rybaków, to widzę, że grzybica to raczej tu nie jest jednostką chorobową, tylko jakimś normalnym stanem. Pytam się kolesia, słuchaj, nowych nie masz? Można coś załapać przez to. Eeeeeee, luz, nic nie załapiesz, wszystko ok, odpowiada młody Holender. Po chwili okazało się, że kalosze przeciekają, jak ja się wtedy cieszyłem, jeśli są dziurawe, to na pewno zaraz dostane nowe. Oczywiście koleś tak długo szukał, aż znalazł drugie "mało używane", prawie jak nowe!!! Ale okazało się, że są to dwa lewe, mało wygodna opcja (chodziłem w nich 2 h, masakra). Na drugi dzień znalazł mi już jakiegoś prawego. Nie wiem, jakim cudem wtedy nic nie załapałem, może dlatego, że wpadłem na genialny pomysł i sobie nalałem do nich na początku szamponu przeciwłupieżowego, (ale nie hedenszołders, tylko lepszego). On ma w składzie środki antygrzybowe, więc chyba pomogło. Potem mój drugi rejs, na drugim statku. Już kalosze wziąłem z domu, ale..... no właśnie wtedy mi na lotnisku zgubili bagaż. No i musiałem latać przez 3 tygodnie znowu w "mało używanych", zanim mi bagażu nie dowieźli. Z ludzi na statku fajny jest zastępca rybnego majstra. Żenia z Kłajpedy, jest Rosjaninem, ale bardzo w porządku i zna nawet litewski, co jak na Rosjana z Litwy to chyba rzadkość. Koleś jest miły uprzejmy i bije od niego taka życzliwość i serdeczność (mam tylko nadzieję, że jest słusznej orientacji seksualnej). Jak mam mierzyć ryby, to wolę iść wtedy, kiedy on ma zmianę? Gość tu pracuje od początku, czyli jakieś 8 lat, jak jeszcze ten statek pływał pod irlandzką banderą. Stwierdził, że za Irysów to tu było lepiej. Na przeładunek wchodzili do portu, czyli było bardziej po ludzku, no i poza tym warunki tutaj ogólne były znacznie lepsze. Wiadomo, jak "Holender zaczął robić interesy............." Odkryłem ciekawą rzecz, że ta rosyjskojęzyczna część załogi to większość to Ukraińcy. Mało z nich ma paszporty ukraińskie. Prawie każdy to litewski, ruski czy łotewski, ale jak z nim zagadasz, to tak ten Zakarpacie, tamten Odessa, Krym lub Biełograd Naddniestrowski (musiałem się oczywiście pochwalić, że spałem pod ich zamkiem, a właściwie to było na rozwalonym murze obronnym ich zamku:). Prawie same hahły hehehehehe, zresztą sami tak o sobie mówią. Fajna sytuacja była w kantynie, bo kucharz, Holender, jak ja chcę być kulturalny i mu coś mówię po flamandzku, to on mi odpowiada w "moim języku", czyli jak się dosiadam do stołu, to życzę: - Ejt smakylyk - nie mam pojęcia jak się to pisze po flamandzku, ale brzmi mniej, więcej tak: - z prijatnym apetitam!! - dostaję odpowiedź od kucharza, i już nie mam siły mu znowu tłumaczyć, że to nie po mojemu, tylko odpowiadam - spasiba - na zdarowie - odzywa się wtedy siedzący obok pierwszy oficer. No i wtedy już mogę mówić o fajnie, to już brzmi prawie tak samo jak po polsku. Chociaż z polskiego to znają tylko najbardziej eksportowe polskie słowo, te, którym można w naszym języku wszytko wyrazić. Zaczyna się na K, a potem w środku jest te oczyszczające i mantryczne rrrrrrr i na koniec już po ostatniej samogłosce uczucie błogiego spokoju. Mimo że rdzennie słówko pochodzi z łaciny, to ma wielkie zasługi w cywilizowaniu przez poznawanie polskiej mowy i kultury dzikich narodów europejskich, z którymi ostatnimi czasu chcąc, nie chcąc, musimy się częściej stykać, będąc razem z nimi w tym Eurokołchozie. Zresztą zapytałem raz w kuchni kucharza, czy jak zna parę słów po rusku, to może zna też parę po ukraińsku. A on, że coś zna, ale zapomniał, a to dlatego, że nie mają za dużo tu Ukraińców. A ja, jak to, tu jest masa Ukraińców i pokazuję na stojącego obok pomocnika kucharza i mówię, że np. on. - taaaak???? Wladmir!!! Skąd ty jesteś?? - od razu zapytał zdziwiony kucharz. Zresztą jak widzę, że w byłym sajuzie to Ukraińcy są chyba najbardziej dyspersyjną nacją, nie wiem, czy nie bardziej niż Rosjanie. Właśnie skończyłem czytać książkę Kuleby "Szamil Basajew rycerski etos a powinność żołnierska", bardzo dobra pozycja według mnie i się zdziwiłem, że podczas pierwszej wojny czeczeńskiej było trochę najemników, że byli jacyś Polacy i z Pribałtiki to słyszałem, ale byli też bratia rezuny z Lwowa. Nie wiem ile, ale reprezentowali organizację UNA UNSO. Ciekaw jestem, czy jechali tam po to, żeby tłuc swojego głównego obok Lachów wroga, czyli Moskala, czy akcja miała tylko charakter treningowy. Chociaż na wojnę w Jugosławii też ściągali skini z Europy i nie tylko coby se do Bośniaków postrzelać. Rosjanie w ogóle są nieźli, tzn. ogólnie mówię o braci słowiańskiej . Ostatnio jak zobaczyli mój aparat (markę ciężko dostrzec spod czarnej taśmy) z dołączonym dłuższym obiektywem, to było - Oooo szto to?? Canon?? Ja już wtedy odpowiadam standardowo, że to nowszy model Zenita. To koleś od razu pokazuje na mnie i mój aparat i mówi kumplowi: - Łot smatriej kakaja ta nasza tehnika!!! - i kiwa z uznaniem głową dla rosyjskiego przemysłu elektronicznego. Ale okazałem się chamem i jednak doszedłem do wniosku, że Rosjanie jeszcze za bardzo w piórka urosną że mają takich zdolnych wynalazców jeszcze chyba zdolniejszych od Puszkina, co wynalazł konserwy i Wołowa, co wynalazł dupę i się przyznałem, że to Nikon. |
|||
![]() |
|||
tilapiokaras, już chyba mogę tak pisać |
|||
Nurtował mnie jeden problem na chłodnię, a właściwie zamrażarę, tam gdzie ryby się przechowuje w minus 30 C. Ruskojęzyczni mówią "trium" i zapytałem Żenię, po jakiemu to jest, czy to po rusku, czy to z angielskiego wzięli. A on do mnie, że to jest i po rusku i po flamandzku. Jak to??? No i się okazuje, że jak Piotr Pierwszy car Rosji był w Holandii. To ciekawe, koleś był carem, a pojechał do Holandii i 2 lata zachrzaniał z robolami i uczył się ciesielki i jak robić okręty, zdolny facet tak na marginesie. Korona mu z głowy nie spadła z tego powodu, a jest uznany za jednego z najbardziej wybitnych carów. Po tym pobycie w języku rosyjskim znalazło się wiele zapożyczeń z holenderskiego, między innymi ten "trium". Skonsultowałem to potem z Holendrem, no i okazało się, że po flamandzku trium jest trochę inaczej, ale jak się uprzeć, to można te słowa jakoś powiązać, ale niech tym się już lingwiści zajmują, a nie taki dyslektyk jak ja. Od Rosjan, dowiedziałem się jeszcze innej ciekawej rzeczy, że jak pierwsze statki tu zaczęły przypływać, czyli to był początek lat 80. koniec 70. XX w., to najpierw namierzono nasze ostroboki z satelity (po rusku ze sputnika i to brzmi nawet fajniej). Ciężko w to uwierzyć, jak z kosmosu można namierzyć ryby, zwłaszcza 30 lat temu, ale kto tam ich wie. Po prostu wykryli dużą koncentrację jakichś ryb (a może planktonu, który by sugerował, że ryby też tu powinny być?) a na następny rok posłali pierwsze statki, żeby to sprawdzić. No i się okazało, że wynik jest bardzo pozytywny. Teraz nadal ryb jest jeszcze tu dużo, aczkolwiek widać efekt przełowienia, pierwszy syndrom to to, że ryby się łowią coraz mniejsze. Obecnie populacja ostroboka peruwiańskiego jest szacowana na 7 milionów ton. Ciekawi mnie, jaki duży jest margines błędu, podejrzewam, że baaaaardzo duży. Mam nadzieję, że z ostrobokiem nie stanie się to samo co z dorszem. W sumie majstrowanie w ekosystemie, którego tak do końca nie poznaliśmy jest mało bezpieczne, oczywiście dla tego ekosystemu. Znowu mi się Wilson udzielił, ale fakt jest faktem, że dzięki homo sapiens ziemia weszła w największą erę wymierania gatunków, jakiej jeszcze nasza planeta nie widziała. Asteroid lub jakiś inny kataklizm niszczący dinozaury to małe piwko przy tym. Nie było nas, był las, nie będzie nas, co to będzie, co to będzie??? Wcześniej nie pisałem, ale już w Holandii na statki zostały załadowane pudełka ze sprzętem dla obserwatorów. Może nie wszystko zostało pomyślane jak trzeba, bo dostałem garść ołówków HB, a mi są potrzebne ołówki 2,3 lub 4 B, no i druga garść mazaków i żaden z nich nie jest foliopisem i nie przejawia odporności na wodę, hmmmm to jest bez sensu absolutnie. Mój zmiennik pozbierał zdjęcia moje i swoje z zeszłego roku i podrukował je z nazwami ryb. Najfajniejsze jest jedno zdjęcie ryby, którą raz miałem i on też raz miał, a wczoraj właśnie się znowu pojawiła w zaciągu. Nie mogłem jej oznaczyć. Więc wysłałem mu zdjęcie, a że jak nie ma ryba nazwy, to sam ją nazywam według uznania, nadaję jej tymczasową nazwę, żeby mi się w notatkach jakoś zgadzała. A że rybka przypominała trochę pielęgnicę, a poza tym miała coś (to czysto subiektywny mój osąd) z karasia. Wiec jak zdjęcie mu wysłałem, to było podpisane "tilapiokaras". No i jakie było moje zdziwienie jak zobaczyłem, że w jego materiałach notabene zrobione przez niego zdjęcie tej ryby jest podpisane właśnie tą nazwą. Dziwne tym bardziej, że z kimś tą rybę konsultował i była zaproponowana jakaś jej łacińska nazwa rodzajowa. Szkoda, że żadna z tych ryb nie dotarła do Europy (a przygotowałem rok temu próbę), bo chętnie bym to oznaczył, jak dla mnie mało, że za bardzo ona nie przypomina ryby pelagicznej (luz nie takie dziwolągi tu mieliśmy), to z wyglądu jest podobna kompletnie do niczego, a takie ryby rokują jakieś nadzieje na ciekawe odkrycia. Ale w tym roku powinna już dotrzeć do Europy. Tylko, że złapane wczoraj osobniki są większe, przez co gorsze do transportu. Holendrzy, robiąc zakupy, pomyśleli o jeszcze jednej ważnej rzeczy - wsadzili tam 5 litrowych butelek 70 % alkoholu. Co prawda są one pomyślane do konserwacji prób, ale w chwilach kryzysu, mogą mieć bardziej przyziemne zastosowanie. No może trochę przeraża flamandzki dopisek pod słówkiem Alcohol - Ketonatus, hmmm słowiańska brać nie takie rzeczy już rozpracowywała, więc enigmatyczny dopisek ketanus nam nie straszny. Ale luz, póki co kryzysu nie mam, więc chyba wytrzymam jeszcze ten miesiąc w przymusowej abstynencji. Przypomina mi się rejs naukowym statkiem Oceania na Spitsbergen i jedna z imprez, na której serwowano drinki na bazie alkoholu technicznego. Pamiętam jeszcze, że jak wracaliśmy i wpłynęliśmy w strefę mroku, tzn. gdzieś u wybrzeży Norwegii zaczęły się pojawiać pierwsze noce, cudowne uczucie, jak wcześniej przez prawie 2 miesiące cały czas było jasno, a tu w końcu noc!!! No właśnie i wtedy u wybrzeży środkowej Norwegii łowiła armada statków rybackich, w nocy wyglądały jak pływające choinki, tak były oświetlone. Wtedy sobie pomyślałem, kurde jak ja bym chciał się tam dostać i zobaczyć, jak to wszystko wygląda, no i teraz jestem na takiej pływającej "choince" a dookoła mnie pływają inne "choinki". Ostatnio jakiś Irys stwierdził, że tu jest jak w więzieniu, jest trochę w tym prawdy, wiele cech jest wspólnych, nie można stąd wyjść, jednopłciowe towarzystwo, małe cele. Ale są różnice: w więzieniu jest siłownia, telewizor, widzenia, przepustki, no i nie trzeba pracować 12h na dobę. Statek jednak też góruje pod pewnymi względami nad więzieniem, znacznie łatwiej jak ktoś chce skończyć z sobą, nie musi kombinować z prześcieradłem i klamką, tu są bardziej skuteczne sposoby na samobójstwo. Wystarczy sobie wyskoczyć za burtę, nawet za bardzo obciążenie nie jest potrzebne, w tej wodzie śmierć następuje w miarę szybko. Mimo tego nie sądzę, żeby ktokolwiek z marynarzy chciał wymienić się z jakimś więźniem choćby na najwygodniejsze więzienie na świecie. Kapitan też za bardzo nie przypomina więziennego naczelnika czy też klawisza. W ogóle go tu za bardzo nie widać, do kantyny na jedzenie nie chodzi (widziałem go tylko raz), jedzenie donoszą mu. Cały czas spędza tylko w swojej kajucie lub na mostku, kurde to musi być bardzo samotny człowiek. Ale póki co jest spoko. Ale jak się mówi, dzień chwali się po zachodzie słońca, a żonę po śmierci, więc kapitana po rejsie. |
|||
oddali paszporty więc możemy płynąć |
|||
![]() |
|||
albatrosów tu ci u nas dostatek |
|||
Nasłuchałem się o chińskim kapitanie, chińskiego statku, co tu pływa. Gość jest niezły. Kiedyś przysłał do nas maila, który brzmiał mniej więcej tak: Drogi Kapitanie,Jestem kapitanem chińskiego statku. Macie duży, ładny statek. Pewnie łowicie dużo ryb. Chciałbym zostać waszym przyjacielem. Czy ty chcesz zostać moim przyjacielem? Z wyrazami szacunku Twój najlepszy przyjaciel Kapitan How Long No i przez radio też się z nim nieźle gada, - co tam słychać mój przyjacielu?? Macie duży statek, pewnie dużo ryb nałowiliście hahahahahahaha!! Jak dużo złowiliście? - teraz szukamy - odpowiada nasz Pierwszy - Aaaaa trałujecie!!!! - odpowiada z radością w głosie mały żółty kapitan (nikt go nie widział, więc może nie jest mały?). Wcześniejszy kapitan, ten, z którym się pożarłem, kiedyś mi mówił, że kontakt z Chińczykami nie jest łatwy, bo z reguły zajmuje im pół godziny zanim wyduszą z siebie "good morning". Jak idę na mostek, to staram się, żeby był Pierwszy w tym czasie na wachcie, z nim można spoko pogadać. Ostatnio jak zobaczył, że biorę w nocy lornetkę i chcę przez nie patrzyć, to się zdziwił - na co chcesz patrzeć. A ja, że na ptaki. To on eee, że tu nic ciekawego nie ma, bo tu akurat mewy latają. A ja mu mówię, że to akurat jest albatros. To on do mnie, że mewę łatwo odróżnić od albatrosa po dziobie i zaczyna mi tłumaczyć jak. Musiałem mu wytłumaczyć, że ostatnim miejscem, gdzie mógł widzieć mewę, to był port, 3 tygodnie temu. Na otwartym oceanie to raczej marna szansa. Tylko jakaś super zabłąkana mewa musiałaby się by tu trafić, a tak latają tu same albatrosy. A propos albatrosów. To w końcu udało mi się sfocić królewskiego. Są dwa królewskie, południowy i północny, ja na zdjęciach mam południowego. Tym razem przed wyjazdem zaopatrzyłem się w polskie nazewnictwo ptaków świata. Mimo że jest w miarę nowe, to w ogóle nie uwzględniono w nim tych nowych gatunków w ostatnich czasach wydzielonych w obrębie rurkonosych, wiec przy niektórych nazwach trzeba samemu coś wymyślać. Pomijając już fakt, że duże albatrosy są w tym samym rodzaju co małe, a już chyba jakiś czas temu te rodzaje rozdzielono, ale z drugiej strony taksonomowie robią wszytko, żeby tą systematykę skomplikować jak się da. Za statkiem zaczęły w końcu się pojawiać coraz liczniej warcabniki, no i pojawił się pierwszy albatros białoczelny, oraz wyczaiłem fulmara południowego i mignął mi petrel niebieski. Fulmara nakryłem dosyć ciekawie, bo pierwszy raz jak jestem na rejsie, aż po miesiącu wziąłem lornetkę do ręki. Od jakiegoś roku raczej mało jej używam, wolę na świat patrzeć przez matrycę aparatu. To jest lepsze do identyfikacji ptaków, bo też przybliża i od razu utrwala i mając zdjęcie delikwenta przed sobą łatwiej jest go oznaczyć, niż mając w ulotnej pamięci cechy, jakie się widziało przez lornetkę, oczywiście podczas zaglądania do książki okazuje się, że nie zwróciłem uwagi na jakiś istotny duperel, a tu bach powiększamy i już wiemy co to. Z reguły nie biorę ze sobą lornetki do aparatu, żeby się nie rozpraszać i lepiej robić zdjęcia. Ale ostatnio postanowiłem wziąć lornetkę i od razu ten fulmar, którego pewnie przez sam aparat bym nie dostrzegł. Szkoda, że nie podlatuje blisko statku chwast ornitologiczny, z daleka widać, że latają gdzieś tam nawałniki, ale po zrobieniu zdjęcia to tylko ledwo dostrzegalne kropki, złożone z 2-4 pikseli i kicha z oznaczenia. Ale i tak ostatnio upłynął mi czas na foceniu tych dużych albatrosów z grupy wędrownych i królewskich. Latało za nami ich ponad 10. Młodocianych w ogóle nie jestem w stanie odróżnić, dorosłego południowego królewskiego już potrafię. Fajnie on w ogóle wygląda, jest duży i w sumie brzydki. Te skrzydła ma tak dziwnie długie, w końcu to 3,5 metra rozpiętości skrzydeł. Jak tak leci, to można sobie wyobrazić, że tak powinno wyglądać skrzyżowanie gęsi, a właściwie łabędzia z szybowcem, czyli taki gęsiowiec. |
|||
![]() |
|||
a za rufą wojna, kiedyś w Islandii byly wojny dorszowe tu są ostrobokowe |
|||
| Wybierając zdjęcia do tego maila, zwróciło moją uwagę jedno zdjęcie czarnobrewgo, co właśnie wylądował. Kurde niby wszytko się zgadza, ale ten przenikliwy wzrok, taki jakiś inny. Kurde przecież on ma żółtą tęczówkę a czarnobrewe mają ciemne oczy. No tak to nie czrnobrewy tylko Campbell Albatross a po łacinie Thalassarche impavida, nowy gatunek niemający jeszcze polskiej nazwy, albo ja mam stare dane. Aczkolwiek nie jest on taki nowy, bo został wydzielony z 10 lat temu, wiec może nie został przez polskich ornitologów uznany? Albo zauważony? Jak sama nazwa wskazuje gniazduje tylko na wyspach Campbell i Jeanette Marie, na południe od Nowej Zelandii, cala jego populacja to niecałe 50 000 ptaków. Według mojej książki do rurkonosych nie powinno go tu być, bo się on głównie trzyma okolic Nowej Zelandii i Australii i pod Chile nie dolatuje, widać on do tej książki nawet nie zajrzał, bo latał sobie w najlepsze za rufą. Fajnie coś takiego odkryć i to po tygodniu od zrobienia zdjęcie. |
![]() |
Campbell Albatross Thalassarche impavida nie ma polskiej nazwy, endemit z wyspy Campbell i Jeanette Marie, nie powinno go tu być ale on o tym nie wie i jest. Można go poznać po oczku :) |
| Jeszcze wracając do załogi, to tu wszyscy są wyluzowani. Dłubanie w stołówce w zębach widelcem, hmm jest jak najbardziej na miejscu, tym bardziej, że chcąc dotrzeć do wykałaczki trzeba wstać, zrobić dwa kroki, wziąć ją, zrobić dwa kroki z powrotem i usiąść, za dużo czynności, widelec za to jest w zasięgu dłoni. No a poza tym to coś w zębie wygląda na grubą sprawę, niemalże coś na granicy prac stomatologicznych, więc drewniana wykałaczka mogłaby nie dać rady. |
![]() |
szarogrzbiety w wersji labędź |
![]() |
szarogrzbiety w wersji duch, czyli focenie w nocy |
![]() |
topielec |
Pisałem wcześniej o problemach z pendrajwem, tzn. że nie mogę go używać ze względu na trojany. Ostatniego maila wprowadziłem do statkowego kompa za pomocą aparatu. To był pomysł Pierwszego, żeby nie zawirusować najważniejszego statkowego kompa, to wysyłaj zdjęcia bezpośrednio z aparatu. Hmmm ten aparat był wcześniej podłączony do mojego laptopa, więc mógł coś załapać. A że pendrajw ma tylko 2 Gb, a w aparacie mam 2 karty po 16 Gb, tzn., że mogę mu 16 razy więcej trojanów przenieść do kompa, ale chyba okazało się, że nic nie przywlokłem. Problem w tym, że mam antywirusa w kompie, ale mój laptop od ponad pół roku nie widział neta, więc nie jest aktualizowany na bieżąco. Wczoraj w końcu dostałem antywirusa z biura armatora, coby sobie go zainstalować na laptopie. Okazało się, że to też jest eset. Zainstalowałem go na tego, co już mam, nawet nie musiałem wstukiwać danych mi pinów i nr seryjnych. Nie wiem, czy dzięki temu jest bardziej aktualny, ale wiem teraz jedno, wcześniej antywira miałem po polsku, teraz mam go po flamandzku, super!!! Ciekaw jestem, czy jak wrócę do domu i na oryginalnego antywira mam nałożonego antywira o jakimś innym numerze seryjnym, to czy nie będę miał problemów z aktualizacją?? No cóż, zobaczymy w domu. Zresztą większości komunikatów i tak nie rozumiem, bo są po flamandzku, tylko jak komunikat jest na czerwono, tzn. że mogą być jakieś problemy. Dobra, to czas już kończyć, bo znowu się rozpisałem. Z marynarskim pozdrowieniem! Tomasz ibn Jaqb |
![]() |
białoczelny |
![]() |
czarnobrewe są zajadłe |
![]() |
czarnobrewy karateka |
![]() |
misiaczek czyli mlody wedrowny lub krolewski |
![]() |
mlody ale starszy od misiaczka, któryś z królewskich lub wędrownych |
![]() |
dorosly, albatros wedrowny poludniowy |
| P.S. kurde chyba to będzie ostatni, przynajmniej przez najbliższe 3 tygodnie, bo jednak, co chwila coś tu przeskakuje z mojego laptopa, mój antywirus ani nowy ani stary tego nie łapie a na mostku od razu, normalnie nie powinno być problemu, skoro można to na bieżąco kasować, ale mamy pierwszego panikarza, i kupa, nie wie że z infekcjami można żyć..... Czyli jest szansa że wam skrzynek nie będę spamował przez jakiś czas. |