
PAWŁOWICE 2008 - relacja Szefa
Zaczęło się od uroczystego, dwuosobowego rozbijania obozu. W dwa dni i cztery wina udało się ogarnąć panujący chaos. Kiedy przyjechała Lucyna z dumą przekazałem punkt nowej władzy. Kilka drobiazgów nie było jeszcze dopracowanych, ale fachowcy od hydrauliki i kanalizacji zajęli się sprawą natychmiast i powstał futurystyczny kibel z elementami sportów ekstremalnych (niestety tylko słyszałem z opowieści).
W tym miejscu w mojej relacji pojawia się dwutygodniowa dziura z racji mojej nieobecności (może z jednym wyjątkiem, kiedy o północy przejazdem zahaczyłem o obóz i złożyłem na ręce kierowniczki dary - pulpety i SPECJAL-e)
Potem przyszła powódź, która wymusiła przeprowadzkę na wał. I kontynuację swojej relacji zacznę od tego właśnie miejsca.
Pomimo wielu miłych, wartych zapamiętania (choć nie wszyscy będą je pamiętać) incydentów, ten sezon dla Pawłowic okazał się niezbyt udany. Nie chodzi tu tylko o ptaki, które łapały się w ilościach niewystarczających (nie przekroczyliśmy 200), ale również o deficyt ludzi błąkających się całymi dniami po plaży między wackami, zwanych "załogantami". Ale skąd niby mieliśmy ich nałapać (i pierwszych i drugich), jeśli podczas liczenia, przez 4 dni pod rząd liczba siewek na plaży nie przekraczała 5 osobnikówm, a wszystkie fora i listy dyskusyjne, na których ogłosiliśmy kryzys w załodze, milczały. Standardem na punkcie było kierowniczenie samemu sobie lub, jeśli "Zły" pozwolił jednemu załogantowi. Przychodziły momenty, kiedy oba zjawiska (ptaki i załoganci) w cudowny sposób się namnażały (chyba przez pączkowanie). Jednak zjawiska te nigdy nie występowały razem. Przychodziły falami i dezorganizowały prace i tak już zdezorientowanego kierownika. Jak byli ludzie to można było tylko poprawiać statystyki spożycia alkoholu bo ptaków "niet". Jak satystyki poprawiliśmy i ludzie wyparowywali nadchodził urodzaj ptasi. Urodzaj ten miał coś z "fata margany" (widziałeś, ale nie mogłeś dotknąć). Zostałem sam w obozie i tylko z daleka widziałem i słyszałem stada nikczemnie naśmiewających się CHARRADRIUS-ów.

Dzień w obozie przebiegał tradycyjnie. Jak padało trzeba było rozpalić ognisko. Zresztą jak nie padało też trzeba było rozpalić. Bo jak inaczej napić się ciepłej herbaty/kawy skoro kuchenka wysiadła po 2 tygodniach (ostatecznie można było napić się mineralnej i też się robiło ciepło). Po rozpaleniu ognia - śniadanie, potem wizyta w szeroko rozumianym "kibelku" (po przeniesieniu na wał miejsce takie było określane sformułowaniami - nie na wale, nie za blisko - choć nie wszyscy to rozumieli). Z racji namnażających się po powodzi komarów, było to nie lada wyzwanie i każdy, kto wracał z niepogryzioną dupą był szczęściarzem.
Jednym z najrozkoszniejszych momentów było gotowanie obiadu na ognisku, gdy temperatura powietrza wahała się pomiędzy 30-35 stopni (pojęcie cień na wale nie występowało). Po takim gotowaniu kucharz niekoniecznie był głodny, marzył raczej o zimnym piwie. Od ekstremalnego wypalenia ratowały nas kąpiele w komorze kriogenicznej. Niewielki, ale głęboki (2,5m) zbiornik dawał ukojenie w momentach krytycznych.
Jak padało graliśmy w karty w namiocie jak nie padało to się kąpaliśmy. Dla bardziej ambitnych dostępna była literatura i prasa (od Kapuścińskiego po SEKS&RETY).
Raz na jakiś czas ktoś przyniósł pliszkę (blacha, pomiary, piwo, karty). Najzabawniej było z kszykami, bo absorbowały nas na tyle, że kilkanaście minut uciekało w mgnieniu oka. Nie tylko dlatego, że były to prawdziwe siewki ale również z powodu kilku standartowych pomiarów (jak np. formuła obu skrzydeł), które należało wykonać. Miłym akcentem było niemal codzienne łapanie zimorodka. Łącznie blachneliśmy ich około 20.
Nie wiem co można jeszcze napisać. Pawłowice to niezapomniany klimat i szkoda, że zabrakło ludzi żeby podziczyć ostatni raz w pełnym wymiarze.

Na zwijaniu było lepiej. W sześć osób zwinąć obóz to pestka, tylko żeby nie padało (no, ale mówi się trudno). Na koniec płonęło wielkie ognisko podniecane przez zostawione skarpety, gacie, koszulki i wszelkie inne świństwa, które paliły się wybornie (ku uciesze niektórych załogantów). Ostatecznie zwinęliśmy maszt i pożegnaliśmy Pawłowice.
RKO
 

|